Kiedy kilka lat temu odbieraliśmy klucze do naszego wymarzonego mieszkania, czuliśmy, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. Jasne ściany, nowoczesna winda i klatka schodowa, która pachniała jeszcze świeżą farbą i nowością. Przez pierwsze miesiące żyliśmy w prawdziwej sielance, ciesząc się ciszą i spokojem. Niestety, ta idylla pękła szybciej niż bańka mydlana.
Wszystko zaczęło się od niewinnego drapania za ścianą i pojedynczych miauknięć, na które początkowo przymykaliśmy oko. Myśleliśmy: „No cóż, pani Jola ma kota, to miłe”. Jednak z czasem zapach nowości na klatce schodowej zaczął ustępować miejsca czemuś znacznie bardziej agresywnemu. Do naszych nozdrzy dotarł aromat, którego nie da się pomylić z niczym innym – ciężki, amoniakalny odór kociego moczu, który z każdym tygodniem stawał się coraz bardziej dominujący.
Sąsiadka o gołębim sercu i jej coraz liczniejsza gromadka
Nasza sąsiadka, pani Jola, zawsze uchodziła za osobę niezwykle pomocną i kochającą zwierzęta. Starsza pani, zawsze z uśmiechem na ustach, zaczęła jednak znosić do domu każde napotkane nieszczęście na czterech łapach. Zaczęło się od jednego dachowca, potem doszedł drugi, trzeci, aż w końcu straciliśmy rachubę. Początkowo podziwialiśmy jej empatię, ale szybko zrozumieliśmy, że jej gołębie serce zaczyna terroryzować resztę mieszkańców bloku.
Pani Jola z małego mieszkanka na trzecim piętrze zrobiła sobie prywatne schronisko, zupełnie nie zważając na to, że trzydzieści kilka metrów kwadratowych to nie jest miejsce dla kilkunastu (a może i kilkudziesięciu) bezdomnych zwierząt. I tak oto nasza klatka schodowa stała się przedsionkiem kociego królestwa, w którym rządy sprawuje brud i nieopisany smród.
Koci jazgot, czyli dlaczego zapomnieliśmy, co to znaczy spokojna noc
Oprócz zapachu, który dosłownie zwala z nóg już po przekroczeniu progu bloku, pojawił się kolejny problem – hałas. Koci jazgot stawał się coraz trudniejszy do wytrzymania, zwłaszcza w nocy. Wyobraźcie sobie, że próbujecie zasnąć po ciężkim dniu pracy, a za ścianą odbywa się regularna bitwa o terytorium lub koncert na dwadzieścia gardeł.
Koty pani Joli nie są kastrowane, więc marcowanie trwa u niej przez cały rok. To nie jest delikatne mruczenie, to są wrzaski, które niosą się po pionach wentylacyjnych prosto do naszej sypialni. Budzimy się w nocy, zdezorientowani, czując się tak, jakbyśmy mieszkali w samym środku dzikiej dżungli, a nie na nowoczesnym osiedlu w centrum miasta. Nasza cierpliwość, początkowo ogromna, zaczęła się kruszyć pod wpływem chronicznego niewyspania.
Wstyd przed znajomymi i życie w izolacji zapachowej
Najgorsze w tym wszystkim nie jest jednak samo zmęczenie, ale poczucie totalnego upokorzenia. Aż głupio nam było zapraszać gości, bo było nam po prostu wstyd. Kiedyś nasze mieszkanie było centrum życia towarzyskiego – wspólne kolacje, planszówki, plotki przy winie. Teraz na samą myśl, że ktoś miałby przejść przez tę „strefę skażenia” na klatce, oblewamy się zimnym potem.
Wyobraźcie sobie sytuację: zapraszacie znajomych z pracy, oni wchodzą do bloku i nagle widzę ich miny, to nerwowe zatykanie nosa i pytanie w oczach: „Jak wy możecie tu mieszkać?”. Ten odór wnika we wszystko – w nasze ubrania, w tapicerkę w przedpokoju, a nawet w nasze włosy. Czujemy się, jakbyśmy byli naznaczeni tym smrodem, jakbyśmy sami zaniedbali higienę, choć sprzątamy u siebie niemal obsesyjnie.
Walka o świeże powietrze, czyli okna zamknięte na cztery spusty
Latem sytuacja staje się wręcz tragiczna. Kiedy na zewnątrz panuje upał, zapach z mieszkania pani Joli nabiera mocy, o której wcześniej nam się nie śniło. Każde otwarcie okna to ryzyko, że do środka wpadnie fala ciepłego, „kociego” powietrza. Zamiast cieszyć się letnim wiaterkiem, siedzimy w szczelnie zamkniętym mieszkaniu z włączonymi oczyszczaczami powietrza, które i tak nie dają rady.
Próbowaliśmy rozmawiać z sąsiadką, oferowaliśmy pomoc w sprzątaniu, a nawet w znalezieniu nowych domów dla części zwierząt. Pani Jola jednak reaguje agresją lub płaczem, twierdząc, że chcemy zabić jej „dzieci”. Dla niej te koty to jedyna rodzina, a fakt, że żyją w potwornych warunkach, a sąsiedzi nie mogą oddychać, zupełnie do niej nie dociera.
Bezsilność administracji i biurokracja, która nie czuje zapachu
Zrozpaczeni zaczęliśmy szukać pomocy w administracji i u zarządcy nieruchomości. Pisaliśmy petycje, dzwoniliśmy, zapraszaliśmy przedstawicieli na „wizję lokalną”. I co? I nic. Pan z administracji przyszedł, postał na klatce dwie minuty, stwierdził, że „faktycznie trochę czuć”, ale on nie może wejść do prywatnego mieszkania bez asysty policji.
Policja z kolei odsyła do sanepidu, a sanepid twierdzi, że nie ma uprawnień do kontroli mieszkań prywatnych, jeśli nie ma podejrzenia epidemii. Czujemy się jak w pułapce. Płacimy niemały czynsz, dbamy o części wspólne, a prawo zdaje się chronić osobę, która zamienia budynek mieszkalny w siedlisko insektów i fetoru. Każdy kolejny urząd rozkłada ręce, a my zostajemy z problemem, który dosłownie zżera nasz komfort życia.
Czy dobro zwierząt jest ważniejsze niż godność ludzi?
To pytanie dręczy mnie każdego dnia. Czy miłość do kotów daje komuś prawo do niszczenia życia kilkunastu innym rodzinom? W mieszkaniu pani Joli zwierzęta chorują, nie mają odpowiedniej wentylacji, a ich liczba sprawia, że o jakiejkolwiek higienie można zapomnieć. To nie jest miłość, to jest zbieractwo, które jest chorobą.
Niestety, w naszym kraju wciąż pokutuje przekonanie, że „wolnoć Tomku w swoim domku”. Nikogo nie obchodzi, że przez ściany przesiąka wilgoć, że na suficie w mieszkaniu poniżej pojawiają się zacieki z kocich odchodów. My, sąsiedzi, staliśmy się zakładnikami osoby, która nie panuje nad swoim życiem, a instytucje powołane do pomocy udają, że problem nie istnieje, bo jest „mało estetyczny”.
Marzenia o ucieczce i gwałtowny spadek wartości mieszkania
Doszło do tego, że zaczęliśmy rozważać sprzedaż mieszkania. To była najtrudniejsza decyzja w naszym życiu. Przecież włożyliśmy tu całe nasze oszczędności, serce i czas. Kiedy jednak przyszedł pierwszy potencjalny kupiec, uciekł z klatki schodowej, zanim w ogóle zdążyliśmy otworzyć drzwi wejściowe. „Państwo żartują? Przecież tu śmierdzi jak w najgorszym chlewie!” – rzucił tylko na odchodnym.
Wtedy dotarło do nas, że jesteśmy uwiązani. Nikt o zdrowych zmysłach nie kupi od nas tego mieszkania za normalną cenę, dopóki pani Jola prowadzi swoją „działalność”. Nasz majątek traci na wartości z każdym dniem, a my czujemy się jak pasażerowie tonącego statku, z którego nie ma ucieczki. Smród stał się naszym więzieniem.
Ostatnia nadzieja w interwencji organizacji prozwierzęcych
Naszą ostatnią deską ratunku są fundacje zajmujące się ochroną zwierząt. Liczymy na to, że jeśli urzędy zawodzą, to może ludzie, którym faktycznie zależy na dobru tych kotów, zdołają przemówić pani Joli do rozsądku. Tu już nie chodzi tylko o naszą wygodę czy o to, że wstydzimy się zaprosić gości. Tu chodzi o elementarne bezpieczeństwo biologiczne i o to, by te biedne zwierzęta trafiły do miejsc, gdzie będą miały opiekę weterynaryjną i godne warunki.
Na razie codziennie rano, wychodząc do pracy, bierzemy głęboki wdech jeszcze w mieszkaniu i biegniemy przez klatkę schodową, starając się nie zwymiotować. To nie tak miało wyglądać. Nasze wymarzone życie zamieniło się w walkę o każdy oddech czystego powietrza, a wszystko przez sąsiadkę, która miłość do zwierząt pomyliła z obsesją.