Kiedy kilka lat temu odbierałam swój pierwszy dyplom magisterski, czułam, że świat stoi przede mną otworem. Byłam młoda, pełna zapału i naiwnie wierzyłam w to, co powtarzali mi rodzice oraz nauczyciele: „Ucz się, dziecko, a będziesz kimś”. No więc się uczyłam. Skończyłam dwa kierunki studiów, żeby mieć szersze perspektywy, a potem dołożyłam do tego studia podyplomowe, bo chciałam być ekspertką w swojej dziedzinie.
Myślałam, że taka inwestycja w siebie to najpewniejszy bilet do godnego życia. Dzisiaj, kiedy patrzę na swój wyciąg z konta, mam ochotę tymi wszystkimi dyplomami po prostu napalić w piecu. Na co mi to wszystko było, skoro zarabiam najniższą krajową? Zamiast obiecanego prestiżu i stabilizacji, mam codzienną walkę o przetrwanie od pierwszego do pierwszego i poczucie, że system zwyczajnie mnie oszukał.
Codzienna harówka, której nie widać na pierwszy rzut oka
Ludziom spoza branży wydaje się, że praca w szkole to bajka – kilka godzin przy tablicy, wolne weekendy i dwa miesiące wakacji. Prawda jest jednak brutalna i bolesna. Codziennie spędzam w szkole mnóstwo czasu, starając się dotrzeć do młodych ludzi, którzy często mają gdzieś to, co chcę im przekazać. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Moja praca nie kończy się wraz z ostatnim dzwonkiem. Kiedy wracam do domu, zamiast odpocząć, siadam do biurka.
Przygotowuję się na kolejne zajęcia, bo chcę, żeby moje lekcje były ciekawe, a nie tylko „odklepane”. To godziny szukania materiałów, robienia prezentacji i wymyślania ćwiczeń. Moje życie prywatne praktycznie nie istnieje, bo szkoła wchodzi ze mną do łóżka, do kuchni i na każdy spacer.
Dziennik elektroniczny jako smycz, która nigdy nie puszcza
Kolejnym etapem mojego „wolnego czasu” jest odpisywanie rodzicom na ich wiadomości przez dziennik elektroniczny. To jest jakiś obłęd. Żyjemy w czasach, w których rodzic uważa, że ma prawo do mojej uwagi o każdej porze dnia i nocy. Pytania o ocenę z klasówki sprzed dwóch dni, pretensje o to, że Jaś nie odrobił zadania, albo prośby o dodatkowe wyjaśnienia kwestii, które omawiałam na lekcji przez godzinę – to moja codzienność.
Czasami mam wrażenie, że jestem na całodobowym dyżurze psychologicznym i informacyjnym. Każde „powiadomienie” w telefonie wywołuje u mnie mikrozawał. Staram się być profesjonalna, odpisuję kulturalnie i rzeczowo, ale w środku aż się gotuje. Robię to wszystko za darmo, po godzinach, w ramach tego mitycznego „etosu pracy”, który nie przekłada się na żadne konkretne pieniądze.
Weekendy, które zamiast relaksu przynoszą stosy papieru
Gdy nadchodzi upragniona sobota, większość moich znajomych idzie do kina, na kawę albo po prostu odsypia tydzień. A ja? Ja w weekendy poprawiam sprawdziany. Sterty arkuszy zalegają na moim stole, a czerwony długopis staje się moim najlepszym, choć znienawidzonym przyjacielem. Każda praca domowa, każda kartkówka i każdy wypracowany esej wymagają mojej pełnej uwagi i rzetelnej oceny.
Spędzam nad tym długie godziny, analizując błędy i pisząc komentarze, których połowa uczniów i tak nie przeczyta. To praca mozolna, nudna i niesamowicie obciążająca wzrok oraz kręgosłup. Kiedy w niedzielę wieczorem w końcu zamykam ostatni zeszyt, czuję się bardziej zmęczona, niż byłam w piątek po południu. I wtedy przychodzi ta dobijająca myśl: „I co z tego mam?”.
Finansowy policzek, czyli ile warta jest wiedza w dzisiejszych czasach
Najgorszy moment przychodzi na początku miesiąca, kiedy na konto wpływa pensja. Najniższa krajowa. To jest jak splunięcie w twarz komuś, kto poświęcił lata na edukację i codziennie daje z siebie dwieście procent. Moje wykształcenie, te wszystkie podyplomówki i dwie magisterki, w oczach państwa są warte tyle samo, co praca osoby bez żadnych kwalifikacji.
Nie zrozumcie mnie źle – szanuję każdą pracę, ale czy to sprawiedliwe, że odpowiedzialność za edukację i wychowanie młodego pokolenia jest wyceniana tak nisko? Ledwo starcza mi na czynsz, skromne jedzenie i bilet miesięczny. O wyjściu do teatru, kupieniu nowej książki czy wyjeździe na wakacje mogę zapomnieć, chyba że znowu pożyczę od rodziców. To upokarzające dla dorosłego, wykształconego człowieka.
Poczucie porażki w oczach znajomych i rodziny
Kiedy spotykam się z ludźmi, którzy po maturze poszli prosto do pracy w korporacjach albo założyli własne małe firmy, czuję się jak uboga krewna. Oni rozmawiają o nowych samochodach, kupnie mieszkania czy egzotycznych podróżach. Ja milczę, bo co mam powiedzieć? Że kupiłam sobie nowy zestaw markerów do tablicy za własne pieniądze, bo w szkole ich zabrakło?
Rodzina też patrzy na mnie z politowaniem. Widzę te spojrzenia przy świątecznym stole: „Taka zdolna, tyle się uczyła, a tak marnie skończyła”. To boli najbardziej – świadomość, że w oczach społeczeństwa sukces mierzy się stanem konta, a mój stan konta sugeruje, że jestem życiowym nieudacznikiem.
Gdzie podziała się pasja i chęć do zmian?
Często zastanawiam się, ile jeszcze we mnie siły. Pasja, która kiedyś mnie pchała do tego zawodu, powoli wygasa, przygnieciona ciężarem rachunków i frustracji. Czy naprawdę jedynym wyjściem jest rzucenie tego wszystkiego i pójście na kasę do marketu, gdzie na starcie dostanę więcej i nie będę musiała zabierać pracy do domu?
To smutne, że polski system edukacji wypluwa ludzi takich jak ja – ambitnych, wykształconych i zniechęconych. Chciałabym wierzyć, że coś się zmieni, że ktoś zauważy, że bez godziwie opłacanych nauczycieli to państwo nie ma przyszłości. Ale na razie jedyne, co widzę, to kolejne wiadomości w dzienniku elektronicznym i stos sprawdzianów czekających na moją darmową, weekendową pracę.
Gorzka refleksja nad wyborem życiowej drogi
Gdybym mogła cofnąć czas, czy znowu wybrałabym tę drogę? Chciałabym powiedzieć, że tak, bo kocham uczyć. Ale patrząc na moją pustą lodówkę i poczucie beznadziei, muszę być ze sobą szczera – pewnie wybrałabym coś, co pozwoliłoby mi żyć, a nie tylko wegetować. Te dwa kierunki studiów i podyplomówka to dzisiaj tylko ładne oprawki na ścianie, które przypominają mi o mojej naiwności.
Edukacja miała być kluczem do wolności, a stała się klatką, z której trudno uciec, bo po latach w szkole człowiek boi się, że nigdzie indziej się nie odnajdzie. Zarabiam najniższą krajową i jedyne, co mi pozostaje, to gorzki śmiech nad własnym losem i nadzieja, że może chociaż któryś z moich uczniów wyciągnie lekcję z mojej historii i wybierze mądrzej niż ja.