Kiedy po raz pierwszy przekroczyłam próg przedszkola z kartą zapisu w ręku, byłam pełna nadziei. W głowie miałam obraz miejsca kolorowego, bezpiecznego, pełnego śmiechu, plasteliny, farb i niekończących się zabaw. Wierzyłam, że to tam moja córka nauczy się relacji z rówieśnikami, rozwinie wyobraźnię i nabierze pewności siebie.
Nie przyszło mi nawet do głowy, że kilka tygodni później będę słuchać pięciolatki, która z powagą w głosie opowiada o „obowiązkach” i „dyżurach”, jakby opisywała dzień w pracy, a nie pobyt w przedszkolu.
Pierwsze sygnały, które mnie zaniepokoiły
Na początku były drobiazgi. Córka wracała nieco bardziej zmęczona niż zwykle, czasem marudna, czasem zamyślona. Tłumaczyłam to sobie nowym środowiskiem, emocjami, adaptacją. Dopiero pewnego popołudnia, kiedy podczas kolacji nagle powiedziała: „Mamo, dziś znowu wycierałam stoły”, poczułam ukłucie niepokoju.
Zapytałam spokojnie, co ma na myśli. Wtedy, z dziecięcą szczerością i powagą, zaczęła opowiadać, że pani wyznaczyła ją i koleżankę do „dyżuru”. Po obiedzie musiały sprzątać stoły, ustawiać krzesła, a później podlewać kwiaty w sali. Słuchałam uważnie, próbując zrozumieć, czy chodzi o jednorazową zabawę w pomoc, czy o coś więcej.
Najbardziej uderzyła mnie odpowiedź na jedno proste pytanie: „Czy chciałaś to robić?”. Spojrzała na mnie i bez wahania powiedziała: „Nie, ale pani powiedziała, że tak trzeba”.
Gdzie kończy się nauka, a zaczyna przymus
Nie jestem rodzicem, który widzi problem w każdym drobiazgu. Rozumiem, że dzieci powinny uczyć się porządku, odpowiedzialności i dbania o wspólną przestrzeń. Sama wychowuję córkę w przekonaniu, że po zabawie odkładamy klocki, a po posiłku sprzątamy swój talerzyk. Jest jednak ogromna różnica między naturalnym uczeniem nawyków a narzucaniem obowiązków, które bardziej przypominają zadania dorosłych.
Kiedy dziecko mówi, że „musiało dyżurować”, a nie że „pomagało”, coś tu nie gra. Słowo „dyżur” niesie ze sobą ciężar odpowiedzialności i przymusu. To nie jest język zabawy ani spontanicznej pomocy. To język obowiązku, który pięciolatek rozumie bardzo dosłownie.
Zaczęłam zauważać, że córka coraz częściej martwi się tym, czy „dobrze wykonała zadanie”, czy pani była zadowolona, czy czegoś nie zapomniała. Zamiast opowieści o zabawach, słyszałam relacje z tego, co „trzeba było zrobić”.
Przedszkole to nie zakład pracy
W moim przekonaniu przedszkole powinno być miejscem, w którym dziecko czuje się bezpiecznie i swobodnie. To przestrzeń do nauki przez zabawę, do popełniania błędów, do odkrywania świata we własnym tempie. Tymczasem coraz częściej miałam wrażenie, że granica została przesunięta.
Dyżury porządkowe stały się codziennością. Jednego dnia sprzątanie po obiedzie, innego porządkowanie sali po wszystkich dzieciach, jeszcze innego dbanie o rośliny. Sama lista tych czynności może brzmieć niewinnie, ale sposób ich realizacji już nie.
Dzieci nie miały wyboru. Nie była to propozycja ani element zabawy, lecz obowiązek, z którego należało się wywiązać. Zaczęłam się zastanawiać, czy pod hasłem „nauki samodzielności” nie kryje się przypadkiem wygoda dorosłych.
Cienka granica między wychowaniem a wykorzystywaniem
Niepokój narastał, gdy uświadomiłam sobie, że te zadania nie dotyczyły tylko własnych rzeczy dziecka. Córka opowiadała, że sprzątała stoły po wszystkich, układała krzesła w całej sali, podczas gdy inne dzieci już się bawiły. To już nie była nauka dbania o swoje otoczenie, lecz przejmowanie obowiązków, które w normalnych warunkach należą do personelu.
Zadałam sobie pytanie: gdzie jest granica? Czy następnym krokiem będzie mycie podłóg, bo „uczy życia”? Czy pięciolatek naprawdę musi czuć się odpowiedzialny za porządek całej sali, zamiast skupić się na zabawie i rozwoju?
Mam wrażenie, że coraz częściej zapominamy, kim jest dziecko. Traktujemy je jak „małego dorosłego”, który ma się dostosować, wykonać polecenie i nie marudzić. A przecież dzieciństwo to nie próba generalna do dorosłości, tylko wyjątkowy czas, którego nie da się powtórzyć.
Jak to wygląda w naszym domu
W domu uczę córkę odpowiedzialności w sposób naturalny. Ma swoje drobne obowiązki, ale zawsze dostosowane do wieku i możliwości. Pomaga, bo chce, bo czuje się częścią rodziny, a nie dlatego, że ktoś ją do tego zmusza.
Kiedy odkłada zabawki, robimy to razem. Kiedy podlewa kwiatki, traktuje to jak zabawę. Widzę w jej oczach dumę, że potrafi coś zrobić sama. To ogromna różnica w porównaniu do sytuacji, w której obowiązek zostaje narzucony z góry, bez rozmowy i bez wyboru.
W przedszkolu powinno być podobnie. Dzieci uczą się najlepiej przez przykład, zachętę i wspólne działanie. Przymus zabija ciekawość i radość. Zostawia za to napięcie i lęk przed oceną.
Zmęczenie, które nie powinno być normą
Coraz częściej zauważałam, że córka wraca do domu wyczerpana nie tylko fizycznie, ale też emocjonalnie. Zamiast energii do zabawy, potrzebowała ciszy. Zamiast śmiechu – odpoczynku. Pięcioletnie dziecko nie powinno funkcjonować w trybie „muszę”, „powinnam”, „nie mogę zawieść”.
Kiedy zapytałam ją, co najbardziej lubi w przedszkolu, odpowiedziała bez entuzjazmu. Za to bez trudu potrafiła wymienić, czego nie lubi: dyżurów, sprzątania „za innych” i tego, że pani się denerwuje, gdy coś nie jest zrobione idealnie.
To był moment, w którym zrozumiałam, że problem nie jest błahy.
Rozmowy, które nic nie zmieniły
Próbowałam rozmawiać. Najpierw delikatnie, z ciekawością. Potem bardziej konkretnie. Usłyszałam, że „dzieci muszą się uczyć”, że „to dla ich dobra”, że „tak jest w programie”. Zabrakło refleksji nad tym, jak dzieci się z tym czują.
Nikt nie zapytał, czy mają na to ochotę, czy rozumieją sens tych działań. Nikt nie zastanowił się, czy obowiązki nie są zbyt duże jak na ich wiek. Najważniejsze było to, że „tak się robi”.
Dzieciństwo to nie projekt do realizacji
Nie chcę wychować córki na osobę niezaradną czy roszczeniową. Chcę jednak, by wiedziała, że ma prawo do radości, do zabawy, do wyrażania sprzeciwu. Chcę, by rozumiała różnicę między pomaganiem a byciem zmuszanym do pracy.
Przedszkole ma przygotować do szkoły i życia, ale nie kosztem dzieciństwa. To nie jest miejsce, w którym dziecko powinno czuć presję i odpowiedzialność za sprawy dorosłych.
O co tak naprawdę chodzi
Nie walczę z nauką porządku. Walczę o zdrowe proporcje. O to, by pięcioletnie dziecko mogło być po prostu dzieckiem. By wracało do domu z uśmiechem, a nie z poczuciem, że znowu „musiało coś zrobić”.
Chcę, by wspomnienia z przedszkola były pełne śmiechu, przyjaźni i zabawy, a nie zmęczenia i stresu. Bo dzieciństwo trwa krótko. A to, czego dziecko nauczy się w tym czasie o świecie i o sobie, zostaje z nim na całe życie.