Kiedy patrzę na dzisiejsze pokolenie dwudziesto- i trzylatków, często mam wrażenie, że żyjemy na dwóch zupełnie innych planetach. Za moich czasów sprawa była prosta i jasna: szkoła, praca, ślub, a potem – jak najszybciej – dzieci. Nikt się nad tym specjalnie nie zastanawiał, to był naturalny cykl życia, który dawał poczucie sensu i stabilizacji. Człowiek wiedział, dla kogo żyje i po co rano wstaje do pracy.
Dzisiaj natomiast widzę moich siostrzeńców, dzieci sąsiadów czy młodych ludzi w telewizji i przecieram oczy ze zdumienia. Zamiast budować gniazda i myśleć o przyszłości narodu, oni skupiają się na własnej wygodzie, podróżach i mitycznym „samorozwoju”. Nie rozumiem młodych w tych czasach. Wydaje im się, że wolność polega na braku zobowiązań, a tak naprawdę uciekają przed tym, co w życiu najpiękniejsze i najbardziej wartościowe.
Kot czy pies to nie dziecko – przestańmy mylić gatunki i role społeczne
Najbardziej irytuje mnie to współczesne nazewnictwo, od którego aż skręca mnie w środku. Słyszę, jak młode dziewczyny mówią o sobie „psia mama” albo „kocia mama”, traktując czworonoga jak pierworodnego syna. Ludzie, opamiętajcie się! Kot czy pies to nie dziecko! Całkiem im się pomieszało w głowach, skoro stawiają znak równości między wychowaniem człowieka a wyprowadzeniem kundla na spacer.
Zwierzę to miły dodatek do domu, towarzysz, który może przynieść radość, ale nigdy nie zastąpi istoty, która mówi „mamo”, która ma Twoje oczy i która będzie kontynuować Twoją historię. Przelewanie uczuć macierzyńskich na zwierzęta to dla mnie wyraz jakiejś głębokiej pustki emocjonalnej, którą młodzi próbują zapchać byle czym, byle tylko nie zmierzyć się z trudem prawdziwego rodzicielstwa.
Dlaczego dzisiejsza młodzież tak panicznie boi się sakramentalnego „tak”?
Kolejna sprawa, której nie potrafię pojąć, to ta wszechobecna niechęć do małżeństwa. Kiedyś ślub był fundamentem, obietnicą złożoną przed Bogiem i ludźmi, że będziemy trwać przy sobie na dobre i na złe. Dziś słyszę tylko: „papierek nam niepotrzebny”, „żyjemy na kocią łapę”, „chcemy się sprawdzić”. Co to w ogóle znaczy „sprawdzić”?
Małżeństwo to nie jest jazda próbna nowym samochodem, to jest decyzja dorosłych ludzi o wspólnym budowaniu życia. Nie chcą ślubu ani dzieci, bo boją się odpowiedzialności. Wolą mieć otwarte furtki, żeby w razie najmniejszego problemu móc spakować walizkę i uciec do mamusi albo wynająć inną kawalerkę. To pokolenie jest emocjonalnie niedojrzałe – chcą brać od życia same przyjemności, ale jak przychodzi do obowiązków, to nagle stają się „wolnymi duchami”.
Samotna jesień życia i gorzka cena za dzisiejszy egoizm
Często zadaję sobie i im to jedno, kluczowe pytanie: kto im pomoże na starość? Teraz są młodzi, piękni, mają pieniądze na wakacje w Tajlandii i luksusową karmę dla swoich kotów. Ale lata lecą szybciej, niż im się wydaje. Przyjdzie taki moment, kiedy zdrowie zacznie szwankować, kiedy schody staną się zbyt wysokie, a samotność zacznie dusić bardziej niż smog w wielkim mieście. Czy wtedy ten pies im poda szklankę wody?
Czy kot zadzwoni po lekarza? Dzieci to nie tylko „koszt” i „pieluchy”, jak lubią mawiać młodzi mędrcy z internetu. Dzieci to Twoja jedyna realna polisa ubezpieczeniowa na starość. Nie chodzi mi nawet o pieniądze, ale o czyjąś obecność, o kogoś, kto potrzyma za rękę i powie, że wszystko będzie dobrze. Wybierając dziś wygodę bez dzieci, młodzi fundują sobie bilet do najbardziej luksusowego, ale przeraźliwie smutnego domu starców.
Mit „braku odpowiednich warunków” jako uniwersalna wymówka dla lenistwa
Gdy próbuję o tym rozmawiać z moimi dziećmi czy wnukami, zawsze słyszę tę samą śpiewkę: „mamo, teraz są inne czasy”, „mieszkania drogie”, „praca niepewna”. Słuchać się tego nie da! My po wojnie budowaliśmy domy z niczego, mieszkaliśmy w kilka osób w jednym pokoju i nikt nie mówił, że „nie ma warunków na dziecko”. Jak była miłość i chęć do pracy, to i chleb się znalazł.
Dzisiaj młodzi mają wszystko pod nos – pralki, zmywarki, pampersy, a i tak narzekają, że to zbyt trudne. To nie brak pieniędzy jest problemem, tylko brak charakteru. Wolą kupić sobie nowy telefon albo konsolę, niż zainwestować w drugiego człowieka. Stać ich na psa z rodowodem za kilka tysięcy złotych, ale na wózek dziecięcy to już nagle budżet im się nie dopina. To jest czysta hipokryzja i zwykłe wygodnictwo.
Czy naprawdę podróże i kariera dają takie spełnienie, o jakim marzą?
Oglądam te ich zdjęcia na portalach społecznościowych – co tydzień inne miasto, co miesiąc inny kraj. Uśmiechnięte twarze, drinki z palemką, a obok nich ten nieodłączny pies w specjalnych szelkach. Wygląda to na sielankę, ale ja widzę w tym coś rozpaczliwego. To jest wieczna ucieczka przed nudą, przed sobą nawzajem, przed prozą życia.
Prawdziwe spełnienie znajduje się w domu, przy wspólnym stole, kiedy słyszysz tupot małych stóp. Żadna wycieczka na koniec świata nie da Ci tyle satysfakcji, co zobaczenie pierwszego ząbka u dziecka czy jego sukcesu w szkole. Młodzi gonią za mirażami, myśląc, że kolejna pieczątka w paszporcie uczyni ich szczęśliwszymi, a tak naprawdę kręcą się w kółko, nie budując niczego trwałego.
Strach przed poświęceniem jako największa choroba naszych czasów
Wychowanie dziecka to poświęcenie – tego nie da się ukryć. Trzeba zrezygnować z części siebie, ze swoich zachcianek, czasem z wyspania się czy wyjścia do kina. I to właśnie to słowo, „poświęcenie”, tak bardzo paraliżuje dzisiejszą młodzież. Oni chcą być centrum swojego wszechświata. Nie mieści im się w głowach, że można być szczęśliwym, dając coś z siebie komuś innemu bez gwarancji natychmiastowego zwrotu.
Wolą psa, bo pies zawsze się cieszy, nie pyskuje, a jak się znudzi, to można go oddać do hotelu dla zwierząt i pojechać na narty. Dziecko wymaga stałej obecności, zaangażowania i bycia dojrzałym człowiekiem przez 24 godziny na dobę. Niestety, w czasach „instant”, gdzie wszystko jest na kliknięcie, cierpliwość i oddanie stały się towarami deficytowymi.
Moja prośba do młodego pokolenia – otwórzcie oczy, zanim będzie za późno
Mogłabym tak narzekać bez końca, ale w głębi duszy czuję po prostu smutek. Smutek, bo widzę, jak wiele tracą, myśląc, że zyskują wolność. Chciałabym im powiedzieć: opamiętajcie się, póki jeszcze macie czas! Pies zdechnie po kilkunastu latach, zdjęcia z wakacji wyblakną w pamięci telefonu, a kariera w korporacji zostanie zapomniana dzień po tym, jak odejdziecie na emeryturę. Tylko rodzina jest czymś, co zostaje.
Tylko dzieci są dowodem na to, że nasza obecność na tym świecie miała jakiś głębszy sens. Załóżcie normalną rodzinę, weźcie ślub, odważcie się na dzieci. To nie jest koniec życia, to jest jego prawdziwy początek. Nie bądźcie niewolnikami własnej wygody, bo na końcu tej drogi czeka tylko pusty dom i żal, którego nie ukoi nawet najwierniejszy pies.