Od zawsze wiedziałam, że schemat „mąż, dwoje dzieci i pies” to nie jest bajka napisana dla mnie. Podczas gdy moje koleżanki z wypiekami na twarzach planowały wesela i wybierały odcienie bieli na firanki do wspólnego mieszkania, ja myślałam tylko o tym, jak przeżyć kolejny weekend tak, żeby go nie zapomnieć do końca życia. Moja filozofia jest prosta: życie to jedna wielka impreza, a ja nie zamierzam spędzić jej w kuchni, czekając, aż pan i władca wróci z pracy.
Wyrywałam facetów jak wiosenne chwasty – szybko, sprawnie i bez zbędnych sentymentów. Nie szukałam męża, nie szukałam zobowiązań, a słowo „przyszłość” w kontekście relacji brzmiało dla mnie jak wyrok. Chciałam zabawy, adrenaliny i czystej przyjemności, która kończy się wraz ze wschodem słońca.
Imprezy jako mój naturalny poligon doświadczalny i łowiecki
Dla mnie klub to nie jest tylko miejsce z głośną muzyką, to mój naturalny poligon. Uwielbiam ten moment, kiedy wchodzę do lokalu, czuję bas w klatce piersiowej i widzę ten las rąk na parkiecie. Imprezy są dla mnie miłą odskocznią od codziennej nudy i pracy, w której muszę być poważną i ułożoną osobą. Gdy gasną światła, a zaczynają pulsować stroboskopy, staję się kimś innym – drapieżnikiem, który dokładnie wie, po co przyszedł.
Zawsze też w takim miejscu znajdzie się jakiś facet, który będzie miał ochotę na niezobowiązujący numerek. To jest matematyka, której nie da się oszukać: setki ludzi, litry alkoholu i ten specyficzny klimat sprawiają, że znalezienie chętnego do zabawy zajmuje mi zazwyczaj tyle, co zamówienie drinka przy barze.
Sztuka selekcji, czyli dlaczego wybieram tylko najsmaczniejsze kąski
Nie myślcie sobie, że brałam pierwszego lepszego gościa, który się do mnie uśmiechnął. O nie, miałam swoje standardy i trzymałam się ich bardzo sztywno. Wybierałam więc w mężczyznach, jak tylko mi się podoba, traktując to niemal jak zakupy w ekskluzywnym butiku. Raz miałam ochotę na wytatuowanego mięśniaka z brodą, innym razem na eleganckiego faceta w koszuli, który wyglądał, jakby urwał się z planu filmowego.
Najważniejsze było to, żeby iskrzyło „tu i teraz”. Patrzyłam na nich, oceniałam potencjał i decydowała, kto dostąpi zaszczytu spędzenia ze mną nocy. Czułam ogromną władzę nad sytuacją – to ja ustalałam zasady, ja wybierałam kierunek i ja decydowałam, kiedy kończymy tę zabawę.
Moja żelazna zasada, czyli pożegnanie zanim zdąży zaparzyć kawę
Najważniejszym punktem mojego programu była dyscyplina w kończeniu relacji. Wiedziałam, że najmniejszy błąd na tym etapie może skończyć się dramatem, wyznaniami miłości albo – co gorsza – wspólnym śniadaniem. Po jednym czy dwóch spotkaniach kończę znajomość bez mrugnięcia okiem. Nie było mowy o żadnym „napisz do mnie” czy planowaniu kolejnego weekendu.
Dla mnie to był układ zamknięty: wymiana energii, przyjemność i do widzenia. Cenię sobie swoją wolność bardziej niż cokolwiek innego. Gdy widziałam, że facet zaczyna za bardzo się angażować, albo – nie daj Boże – pyta o moje nazwisko, od razu włączała mi się czerwona lampka. Kasowałam numer, blokowałam kontakt i ruszałam dalej. Chwasty trzeba wyrywać szybko, zanim zapuszczą korzenie.
Emocjonalny dystans jako tarcza przed życiowym zamieszaniem
Wiele osób pyta mnie, czy nie czuję się pusta, albo czy nie brakuje mi „kogoś bliskiego”. Odpowiadam wtedy ze szczerym uśmiechem: zupełnie nie. Bliskość w dzisiejszych czasach to często synonim problemów, kłótni o nieumyte naczynia i tłumaczenia się z tego, z kim pisało się na telefonie. Ja tego nie potrzebuję.
Mój emocjonalny dystans to nie jest brak uczuć, to po prostu wybór świętego spokoju. Dzięki temu, że nie wchodzę w głębokie relacje, nie mam złamanego serca, nie płaczę w poduszkę i nie muszę iść na kompromisy. Mam swoje życie, swoje pasje i swoje łóżko, którego nie muszę z nikim dzielić na stałe. Ta niezależność daje mi kopa do działania i sprawia, że czuję się naprawdę silna.
Reakcje otoczenia, czyli jak radzę sobie z opinią „tej łatwej”
Oczywiście, świat nie byłby sobą, gdyby nie próbował mnie oceniać. Słyszałam już o sobie wszystko: że jestem zimna, że jestem łatwa, że na starość zostanę z tabunem kotów. I wiecie co? Kompletnie mnie to nie obchodzi. Ludzie często krytykują to, czego sami się boją albo na co nie mają odwagi.
Większość moich koleżanek, które tak głośno mnie potępiają, wieczorami płacze mi w ramię, bo mąż je zdradza albo ich ignoruje. Ja przynajmniej gram w otwarte karty. Nikogo nie oszukuję, nie obiecuję miłości po grobową deskę. Każdy facet, który ze mną wychodzi z klubu, wie, na czym stoi. To jest uczciwy układ, w którym obie strony dostają to, czego chcą, bez żadnych ukrytych kosztów.
Dlaczego przyjemność bez zobowiązań to dla mnie jedyna słuszna droga
Dla mnie życie jest zbyt krótkie, żeby marnować je na jedną osobę, która po roku znajomości przestaje się starać. W moim modelu życia każda noc jest nowym otwarciem, każda znajomość to nowa historia bez nudnego zakończenia. Nie szukam stabilizacji, bo stabilizacja to dla mnie stagnacja.
Wolę ten dreszcz niepewności, kiedy podchodzę do barowego kontuaru, niż pewność, że w domu czeka na mnie ta sama twarz z pretensjami o spóźnienie. Przyjemność jest dla mnie wartością nadrzędną i nie widzę powodu, żeby się z tego tłumaczyć. Jestem młoda, jestem wolna i zamierzam wyrywać te wiosenne chwasty tak długo, jak tylko będzie sprawiało mi to frajdę.
Przyszłość, o której nie myślę, i teraźniejszość, którą się bawię
Co będzie za dziesięć lat? Nie wiem i szczerze mówiąc, mało mnie to obchodzi. Może mi się odmieni, może znajdę kogoś, kto faktycznie zawróci mi w głowie na dłużej. Ale na razie cieszę się każdym momentem. Moje życie to seria błysków, krótkich filmów akcji zamiast tasiemcowego serialu.
Każdy poranek, kiedy budzę się sama, z uśmiechem wspominając udaną noc, utwierdza mnie w przekonaniu, że wybrałam dobrze. Wybieram zabawę, wybieram siebie i wybieram brak smyczy. Jeśli to czyni mnie „chwastobójcą” w oczach społeczeństwa, to niech tak będzie – przynajmniej mój ogród życia jest kolorowy i pełen różnorodności, a nie zarośnięty nudną, szarą trawą obowiązków.