Zawsze uważałam, że życie jest zbyt krótkie, żeby spędzić je z nosem w detergentach i przy garach, które nigdy się nie kończą. Mam swoje zasady: najpierw ja, potem moje przyjemności, a na szarym końcu obowiązki, które i tak mogą poczekać. Patrzę na swoje przyjaciółki i jest mi ich po prostu żal. Kiedyś byłyśmy paczką dziewczyn, które potrafiły przetańczyć całą noc, a rano z uśmiechem iść na kawę, planując kolejne podboje.
Dzisiaj większość z nich przypomina cienie samych siebie, zamknięte w złotych – lub nieco mniej szlachetnych – klatkach codzienności. Wolą klepać schabowe dla swoich mężusiów, niż szaleć, podróżować czy choćby regularnie o siebie dbać. Stały się niewolnicami własnych wyobrażeń o „idealnej pani domu”, podczas gdy świat ucieka im sprzed nosa, a one jedyne, co widzą, to spód patelni.
Wizyta u Kasi, czyli jak wygląda „perfekcyjne” życie w oparach domowej chemii
Ostatnio odwiedziłam Kasię, jedną z moich najdawniejszych powierniczek. Kiedyś była duszą towarzystwa, a dziś? Na dobre utknęła w domu. Już od progu uderzył mnie zapach chloru wymieszany z aromatem pieczonego mięsa. Kasia wciąż biega na mopie, szoruje płytki w łazience i gotuje trzydaniowe obiadki dla swojego stęsknionego męża, który wraca z pracy i oczekuje, że wszystko będzie lśnić.
Za każdym razem, gdy ją odwiedzam, w domu ma prawdziwe pobojowisko – ale nie takie, które wynika z radosnego życia, tylko z jej panicznego lęku przed każdą najmniejszą plamką. Zamiast usiąść ze mną spokojnie i pogadać o naszych sprawach, ona co chwilę zrywa się z kanapy, bo zauważyła okruszek na dywanie albo musi sprawdzić, czy sos się nie przypala. To jest chore.
Wieczna gonitwa za uznaniem w oczach mężczyzny, który tego nie dostrzega
Najbardziej boli mnie to, że te wszystkie ich starania idą w próżnię. One myślą, że te schabowe, ta lśniąca podłoga i wyprasowane w kant majtki męża sprawią, że będą kochane bardziej, że zostaną docenione. Prawda jest taka, że ci ich mężowie traktują to jak oczywistą oczywistość. Skoro Kasia siedzi w domu, to ma błyszczeć, prawda? Widzę, jak one gasną.
Rezygnują z wyjścia do kosmetyczki, bo „Marek nie lubi, jak go nie ma, gdy wraca”, albo nie kupią sobie nowej sukienki, bo przecież trzeba kupić nowe opony do auta. Szaleństwo. Ja w tym czasie inwestuję w siebie, biegam na zabiegi, spotykam się z ludźmi i czuję, że żyję. One natomiast wybierają rolę darmowej służby, dumnie nazywając to „dbaniem o ognisko domowe”.
Mit trzydaniowego obiadu jako kotwica, która trzyma je przy ziemi
Nie rozumiem, jak w dzisiejszych czasach można dobrowolnie zamknąć się w kuchni na cztery spusty. Kiedy słyszę, że któraś z moich przyjaciółek spędziła trzy godziny na lepieniu pierogów, bo „mężuś tak lubi te domowe”, mam ochotę nią potrząsnąć. Świat oferuje nam tyle możliwości – od cateringu po szybkie dania z całego świata – a one wolą stać przy garach i pocić się nad patelnią.
To jest ich wybór, oczywiście, ale widzę, jakie są przez to zmęczone. Ich dłonie są szorstkie od płynów do naczyń, a tematy rozmów ograniczają się do cen masła i nowych przepisów na sałatkę. Gdzie podziała się ta pasja? Gdzie te ambicje, o których rozmawiałyśmy na studiach? Wszystko utonęło w talerzu zupy.
Pobojowisko w głowie i w domu, mimo nieustannego sprzątania
Paradoksalnie, mimo tego ciągłego latania ze szmatą, Kasia zawsze wygląda na przytłoczoną. To pobojowisko, o którym wspomniałam, to nie tylko zabawki dzieci czy naczynia. To chaos w jej oczach. Ona próbuje kontrolować wszystko – od kurzu na szafkach po humor męża – i w tym wszystkim kompletnie gubi siebie.
Kiedy patrzę na jej zmęczoną twarz bez makijażu i wyciągnięty dres, zastanawiam się, kiedy ostatnio zrobiła coś tylko dla siebie. Bez myślenia o tym, co trzeba kupić na kolację i czy pościel jest już zmieniona. To straszna cena za status „wzorowej żony”. Ja wolę mieć lekki nieporządek w mieszkaniu, ale spokój w głowie i czas na to, by poczuć się atrakcyjną kobietą.
Ucieczka od rutyny kontra dobrowolne więzienie w czterech ścianach
Moje życie wygląda zupełnie inaczej i nie zamieniłabym się z nimi za żadne skarby świata. Kiedy ja planuję weekendowy wypad do SPA albo wieczór z drinkiem w modnym klubie, one planują generalne porządki w szafach. One naprawdę wierzą, że to szczyt spełnienia.
Próbuję je czasem wyciągnąć, namówić na odrobinę szaleństwa, ale zawsze słyszę te same wymówki: „A kto zrobi obiad?”, „A dzieci?”, „A mąż wróci zmęczony”. One nie rozumieją, że mąż to dorosły człowiek, który nie umrze z głodu, jeśli raz zje pizzę z pudełka. Ta ich nadopiekuńczość w stosunku do „mężusiów” jest wręcz komiczna, gdyby nie była tak tragiczna w skutkach dla nich samych.
Samotność w tłumie talerzy i brak wsparcia, którego nie widzą
Najciekawsze jest to, że te wszystkie „perfekcyjne panie domu” wcale nie czują się szczęśliwe. Często, gdy wypijemy o jeden kieliszek wina za dużo, zaczynają puszczać hamulce. Wtedy słyszę o żalu, o braku bliskości, o tym, że on jej nie dostrzega, mimo że ona tak się stara.
No właśnie – stara się za bardzo tam, gdzie nie trzeba. Zamiast szorować te płytki w łazience po raz dziesiąty w tygodniu, mogłaby nałożyć maseczkę i poczekać na niego w sypialni, a nie w fartuchu przy zlewie. Ale one tego nie pojmują. Dla nich miłość to usługa, a troska to pełny brzuch faceta. Ja wybieram dbanie o siebie, bo wiem, że nikt inny za mnie tego nie zrobi.
Egoizm czy po prostu zdrowy rozsądek w świecie pełnym oczekiwań?
Może ktoś powiedzieć, że jestem egoistką. Może i jestem. Ale to zdrowy egoizm, który pozwala mi zachować tożsamość. Nie chcę obudzić się za dwadzieścia lat i stwierdzić, że jedynym moim osiągnięciem jest czysta fuga w łazience. Chcę mieć wspomnienia, chcę czuć się piękna i pożądana nie za to, co ugotowałam, ale za to, kim jestem.
Moje przyjaciółki zapomniały, kim są poza rolą matki i żony. Stały się funkcjami w swoich domach. Kasi mi żal najbardziej, bo ona naprawdę wierzy, że ten mop to jej tarcza przed światem. A ja stoję obok, patrzę na to jej pobojowisko i cieszę się, że mój jedyny „kierat” to wybór między pilatesem a wyjściem do kina.
Przestroga dla tych, które jeszcze mają szansę odłożyć mopa
Jeśli czyta to jakaś młoda dziewczyna, która myśli, że poświęcenie się dla domu to droga do szczęścia – niech spojrzy na Kasię. Niech zobaczy to wieczne zmęczenie i dom, który mimo sprzątania, zawsze wydaje się przytłaczający. Nie dajcie się zamknąć w kuchni. Szalejcie, dbajcie o siebie, podróżujcie i nie bójcie się, że mężuś zje kanapkę zamiast schabowego.
Życie ma o wiele więcej barw niż paleta barw płynów do podłóg. Ja zamierzam czerpać z niego pełnymi garściami, dopóki mam siłę, a moje przyjaciółki… cóż, pewnie właśnie teraz sprawdzają, czy kurczak w piekarniku jest już wystarczająco rumiany. Smacznego, ale ja wybieram wolność.