Od kiedy mój syn ożenił się z Anetą, w ich domu zaszły zmiany, których jako osoba wychowana w zupełnie innych czasach, po prostu nie potrafię pojąć. Moja synowa jest kobietą nowoczesną, oczytaną i – jak sama o sobie mówi – „świadomą”. Ta jej świadomość objawia się głównie tym, że każda etykieta produktu spożywczego jest przez nią analizowana pod lupą, a cukier został ogłoszony wrogiem publicznym numer jeden.
W ich kuchni nie uświadczysz zwykłego dżemu, czekolady czy choćby herbatników do herbaty. Zamiast tego są daktyle, nasiona chia i jakieś dziwne wafle, które smakują jak sprasowany styropian. Ja rozumiem, że o zdrowie trzeba dbać, ale to, co dzieje się u moich wnuków, to już nie jest dbanie o dietę – to jest regularny reżim. Te dzieciaki, kiedy tylko widzą w telewizji reklamę kolorowych płatków śniadaniowych, patrzą w ekran z takim nabożeństwem, jakby oglądały film o lądowaniu na Marsie.
Moja rola jako babci i wewnętrzne rozdarcie między lojalnością a litością
Kiedy Aneta i Michał podrzucają mi dzieci na weekend, zawsze dostaję długą listę wytycznych. Co mogą jeść, o której mają pić wodę (broń Boże gazowaną!) i jakie „zdrowe zamienniki” znajdują się w ich plecaczkach. Patrzę na te moje kochane wnuczęta, siedmioletniego Antosia i pięcioletnią Zuzię, i serce mi pęka. Widzę ich smutne minki, gdy przechodzimy obok cukierni, z której pachnie świeżymi pączkami.
Synowa twierdzi, że dzieci „nic nie tracą” i że „kształtuje im zdrowe nawyki”, ale ja uważam, że te dzieci po prostu nic nie mają z życia. Dzieciństwo bez loda na patyku, bez kawałka domowej szarlotki czy choćby jednego batonika po obiedzie? Dla mnie to brzmi jak kara, a nie jak zdrowe wychowanie. Przecież lody czy ciasto to nie tylko kalorie, to przede wszystkim radość, nagroda i element magii, który każdy z nas pamięta z lat młodości.
Wielki grzech babci, czyli niedzielne popołudnie pełne „zakazanych” przyjemności
Ostatnia niedziela przelała szalę goryczy – albo raczej słodyczy. Dzieci były u mnie od rana, a pogoda była tak piękna, że nie mogłam ich trzymać w czterech ścianach. Poszliśmy do parku. Kiedy mijały nas inne dzieciaki z buziami umazanymi od czekolady i kolorowymi lodami w wafelkach, Antoś tylko westchnął i wyciągnął z kieszeni wysuszonego kawałka jabłka, który spakowała mu mama. Nie wytrzymałam.
Pomyślałam sobie: „Raz się żyje, przecież od jednego loda świat się nie zawali!”. Poszliśmy do budki. Potem w domu upiekłam jeszcze moje popisowe ciasto z kruszonką, a na podwieczorek, do bajki, wyciągnęłam z szafki batoniki, które kupiłam specjalnie na tę okazję. Widok ich rozpromienionych twarzy był wart każdej ceny. Jedli z takim apetytem, jakby od tygodnia nic nie mieli w ustach. Czułam się jak najlepsza babcia na świecie, dając im tę odrobinę normalności.
Nagły powrót synowej i awantura o „trucie” moich własnych wnuków
Sielanka skończyła się szybciej, niż przypuszczałam. Aneta przyjechała po nich godzinę wcześniej, niż zapowiadała. Weszła do kuchni w momencie, gdy Zuzia kończyła wylizywać talerzyk po szarlotce, a Antoś właśnie rozpakowywał drugiego batonika. W sypialni zapadła cisza, którą przerwał dopiero głośny wdech synowej.
– Co też mama najlepszego zrobiła! – zawołała z takim wyrzutem, jakbym co najmniej podała dzieciom truciznę. Popatrzyłam na nią z lekkim strachem, bo rzadko widywałam ją w takim stanie. – Co zrobiłam? – zapytałam, próbując zachować spokój. – Coś nie tak z dzieciakami? Przecież są uśmiechnięte i zdrowe. Ale Aneta nie zamierzała odpuścić. – Było dobrze, dopóki nie znalazły się u mamy – rzuciła ze złością. – Słyszałam, co tu jadły. Jakieś batoniki, ciasta i jeszcze lody w parku! Antoś już zdążył się pochwalić…
Moja obrona i próba wytłumaczenia, że dzieciństwo potrzebuje cukru
Próbowałam jej tłumaczyć, że to tylko jeden dzień, że to babcina rozpusta, która jest wpisana w naturę naszej relacji. Mówiłam, że dzieci były szczęśliwe, że biegały w parku i spalały te kalorie szybciej, niż zdążyły je zjeść. Ale do Anety nic nie docierało. Dla niej lody w parku to był zamach na jej autorytet i miesiące ciężkiej pracy nad ich mikrobiotą jelitową.
Zaczęła mi robić wykład o skokach insuliny, o próchnicy i o tym, że teraz przez tydzień Antoś będzie nadpobudliwy. Słuchałam tego wszystkiego i czułam, jak narasta we mnie bunt. Chciałam jej wykrzyczeć, że ona robi z tych dzieci małych ascetów, którzy za kilka lat będą się obżerać słodyczami po kryjomu w szkolnej łazience, bo w domu nikt nie nauczył ich umiaru, tylko same zakazy.
Wizja przyszłości, czyli czy zakazy synowej nie przyniosą odwrotnego skutku?
Jako osoba starsza i doświadczona wiem jedno: zakazany owoc smakuje najlepiej. Widzę to po moich wnukach. Kiedy Aneta nie patrzy, Antoś potrafi wygrzebać z moich śmieci papierek po cukierku, żeby go chociaż powąchać. To nie jest zdrowe zachowanie! Boję się, że synowa swoim rygorem wpędzi ich w jakieś zaburzenia odżywiania. Przecież życie polega na zachowaniu równowagi.
Można zjeść brokuła na obiad, a potem loda na deser. To jest normalne! Ale u nich nie ma normalności, jest tylko „projekt zdrowie”. Aneta twierdzi, że ja ich psuję, a ja uważam, że ona odbiera im najpiękniejsze smaki dzieciństwa. Jak mają pamiętać wizyty u babci? Jako jedzenie jarmużu i picie wody z cytryną? To smutne i niesprawiedliwe.
Samotność babci w obliczu nowoczesnych metod wychowawczych
Po tej awanturze Aneta zapowiedziała, że przez najbliższy miesiąc dzieci do mnie nie przyjadą, dopóki „nie zrozumiem ich zasad”. Zostałam sama w pustym domu, z połową ciasta na blaszce i paczką batoników w szafce. Czuję się upokorzona i niepotrzebna. Czy naprawdę bycie babcią w dzisiejszych czasach oznacza tylko pilnowanie, żeby dziecko nie zjadło grama cukru?
Gdzie podziała się ta tradycyjna rola, w której babcia była od rozpieszczania, a rodzice od wychowywania? Mam wrażenie, że dzisiejsi młodzi rodzice chcą kontrolować każdy aspekt życia swoich dzieci, nie zostawiając miejsca na odrobinę spontaniczności i radości. Tęsknię za wnukami i boli mnie, że stałam się wrogiem numer jeden tylko dlatego, że chciałam, aby ich niedziela była po prostu słodka.
Moja decyzja o milczeniu i nadzieja na zmianę podejścia synowej
Wiem, że nie wygram z Anetą na argumenty naukowe, bo ona zawsze wyciągnie jakąś nową książkę albo badania amerykańskich naukowców. Postanowiłam, że dla dobra moich kontaktów z dziećmi, będę musiała zacisnąć zęby i przynajmniej udawać, że trzymam się jej diety. Ale w sercu i tak wiem swoje. Kiedy tylko nadarzy się kolejna okazja i będziemy sami, znów przemycę im choćby kawałek domowej czekolady.
Nie po to, żeby robić Anecie na złość, ale po to, żeby Antoś i Zuzia wiedzieli, że życie ma też słodki smak. Mam nadzieję, że z czasem moja synowa zrozumie, że szczęśliwe dziecko to nie tylko takie z idealną morfologią, ale przede wszystkim takie, które ma radosne wspomnienia. A pyszny lód w słoneczny dzień w parku to jedno z tych wspomnień, którego nikt nie powinien im odbierać.