w

Żona zawierzyła nasz związek Matce Bożej. Zanim pójdziemy do łóżka klepie pacierz na kolanach.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Magdę, wiedziałem, że to jest to. Była inna niż wszystkie dziewczyny, z którymi spotykałem się wcześniej. Spokojna, ułożona, z takim niesamowitym błyskiem w oku, który sugerował, że pod tą powłoką skromności kryje się prawdziwy wulkan energii. Wiedziałem, że jest wierząca – od początku o tym mówiła, a ja to szanowałem. Wydawało mi się to nawet urocze, że w dzisiejszym zwariowanym świecie ktoś jeszcze trzyma się tradycyjnych wartości.

Chodziliśmy na spacery, rozmawialiśmy godzinami, a fakt, że z pewnymi sprawami czekamy do ślubu, tylko podsycał mój apetyt. Myślałem, że budujemy fundament, którego nic nie zniszczy. Nie spodziewałem się jednak, że ten fundament zostanie wylany z tak twardego betonu religijnej gorliwości, że aż trudno będzie mi w tym wszystkim oddychać.

Noc poślubna, która zamiast ognia przyniosła dawkę religijnego chłodu

Nadszedł ten wielki dzień. Wesele było piękne, huczne, a my wyglądaliśmy jak para z obrazka. Kiedy w końcu zostaliśmy sami w apartamencie dla nowożeńców, czułem, że serce chce mi wyskoczyć z piersi. Tyle miesięcy czekania, tyle wyobrażeń o tym, jak to będzie. Szybko wskoczyłem w nowe, satynowe bokserki, które kupiłem specjalnie na tę okazję, i wyciągnąłem się na łóżku, czekając na Magdę.

Wyobrażałem sobie romantyczną scenę, świece, może jakąś nastrojową muzykę w tle. Tymczasem moja świeżo upieczona żona wyszła z łazienki w bawełnianej koszuli nocnej i zamiast podejść do mnie, po prostu klękła przy krawędzi materaca.

Groteskowy obrazek w sypialni, którego nie przewidziałem w najśmielszych planach

To był naprawdę groteskowy obrazek. Ja leżący na łóżku w satynowych bokserkach, rozgrzany emocjami i gotowy na wielki finał naszej wielomiesięcznej wstrzemięźliwości, i moja świeżo poślubiona ukochana klepiąca pacierz na klęczkach z łokciami opartymi na materacu. Z jednej strony, czekałem na ten moment tak długo, a z drugiej… ta sytuacja zupełnie zabiła mój nastrój na zbliżenia.

Słuchałem szeptanych zdrowasiek, czując, jak cała ekscytacja ulatuje ze mnie jak powietrze z przebitego balonu. Czułem się jak intruz we własnej sypialni, jak ktoś, kto przeszkadza w ważnym urzędowym akcie. Patrzyłem na jej plecy i zastanawiałem się, czy to ja jestem dziwny, czy może nasze małżeństwo właśnie zyskało trzeciego pasażera, którego obecności kompletnie nie wziąłem pod uwagę.

Modlitwa przed seksem jako nowy standard naszej codzienności

Myślałem, że to jednorazowy incydent, taki gest dziękczynny za ślub. Ale nie. Minęło kilka tygodni, a sytuacja powtarza się każdego wieczoru. Magda zawierzyła nasze małżeństwo Matce Boskiej i teraz każdy nasz ruch, każda chwila bliskości musi zostać poprzedzona duchowym przygotowaniem.

Zanim wejdzie ze mną pod kołdrę, klepie pacierz na kolanach. Nieważne, czy jest późno, czy jesteśmy zmęczeni, czy w sypialni unosi się zapach pożądania. Rytuał musi zostać odprawiony. Siedzę wtedy na łóżku, oparty o poduszki, i czekam, aż żona skończy rozmawiać ze Stwórcą, żeby mogła w końcu zauważyć, że obok niej leży mąż z krwi i kości.

Poczucie odrzucenia i walka o uwagę żony z wyższymi instancjami

Zaczynam czuć się drugoplanowym aktorem w filmie o własnym życiu. Kiedy próbuję ją przytulić, zainicjować coś spontanicznego, często słyszę: „Zaraz kochanie, jeszcze tylko dziesiątka różańca”. Czuję, że muszę konkurować o jej uwagę z całym zastępem świętych.

To frustrujące, bo czuję się odrzucony nie przez innego mężczyznę, ale przez jej własną duchowość, z którą nie potrafię i nie chcę walczyć. Moja męska duma cierpi, bo zamiast czuć się pożądanym, czuję się… omodlonym. A przecież w małżeństwie bliskość fizyczna powinna być czymś naturalnym, radosnym, a nie kolejnym punktem w harmonogramie religijnym, który trzeba „odhaczyć” po zakończeniu wieczornych pacierzy.

Konflikt między potrzebami ciała a surowością ducha

Próbowałem z nią o tym rozmawiać. Delikatnie sugerowałem, że może moglibyśmy modlić się wcześniej, w salonie, albo wspólnie w kościele, a sypialnię zostawić tylko dla nas. Magda patrzy na mnie wtedy tymi swoimi wielkimi, niewinnymi oczami i mówi, że przecież modli się o nasze szczęście, o nasze przyszłe dzieci, o to, byśmy byli świętą rodziną.

Jak mam z tym dyskutować? Przecież nie powiem jej, że jej modlitwa mnie drażni, bo wyjdę na bezbożnika i brutala. Ale prawda jest taka, że ta surowość ducha, którą ona wnosi do łóżka, zabija we mnie resztki spontaniczności. Seks stał się dla mnie czymś dziwnie uroczystym, niemal liturgicznym, a ja tęsknię za zwykłym, ludzkim „chcę cię tu i teraz” bez konieczności klękania przed materacem.

Obawy o przyszłość, czyli czy zawsze będziemy żyli w trójkącie?

Zastanawiam się, co będzie dalej. Czy jeśli pojawią się dzieci, każdy wieczór będzie wyglądał tak samo? Czy nasza intymność już na zawsze zostanie zamknięta w ramy pobożnych szeptów? Kocham Magdę, naprawdę, i cenię jej dobroć, ale boję się, że to zawierzenie wszystkiego siłom wyższym zdejmuje z nas odpowiedzialność za budowanie zwykłej, ludzkiej relacji.

Małżeństwo to przecież też śmiech, zabawa, a nawet odrobina szaleństwa pod kołdrą. U nas tego brakuje, bo Magda pilnuje, by wszystko było „godne”. Czuję, że żyjemy w trójkącie, w którym Pan Bóg jest zawsze obecny przy naszych najbardziej intymnych rozmowach i gestach. To obciążenie, którego nie przewidziałem, i z którym coraz trudniej mi sobie poradzić.

Poszukiwanie kompromisu, czyli jak odzyskać sypialnię dla nas dwojga

Wiem, że nie mogę jej zmienić na siłę. Wiara jest częścią jej tożsamości, to ona ukształtowała tę kobietę, którą pokochałem. Jednak muszę znaleźć sposób, by wyznaczyć granice. Chcę, żeby Magda wiedziała, że jej modlitwa jest dla mnie ważna, ale że ja też jestem ważny – jako mąż, który potrzebuje swojej żony w pełni obecnej, a nie myślami krążącej wokół odpustów i nowenn.

Może czas na poważną, ale potoczną i szczerą rozmowę bez owijania w bawełnę? Muszę jej powiedzieć, że ten widok łokci na materacu i szeptanych zdrowasiek tuż przed zbliżeniem działa na mnie jak kubeł zimnej wody. Może uda nam się znaleźć złoty środek, w którym wiara będzie nas łączyć, a nie dzielić w tym jednym, najważniejszym dla nas miejscu. Bo przecież kochać drugiego człowieka to też forma modlitwy, tylko wyrażana bez użycia słów, prawda?