Kiedy poznałam Tomka, wydawał mi się ideałem. Wysoki, wysportowany, z nienagannymi manierami i zawsze w idealnie wyprasowanej koszuli. Myślałam sobie: „Boże, co za facet! Dba o siebie, jest taki poukładany”. Niestety, dość szybko po weselu zrozumiałam, że ten idealny wygląd to nie była zasługa jego pracowitości czy zmysłu estetycznego, ale efekt działania „niewidzialnej ręki”, czyli jego mamusi.
Gdyby mi wtedy ktoś powiedział, że ten mój przystojniak nie umie sobie nawet wyprasować koszuli, to dwa razy bym się zastanowiła nad wzięciem z nim ślubu. To, co brałam za elegancję, okazało się totalnym niedołęstwem życiowym, które teraz, dzień po dniu, zwala się na moje barki.
Błąd, którego żałuję, czyli dlaczego wspólne mieszkanie przed ślubem to konieczność
Dziś patrzę na to wszystko z zupełnie innej perspektywy i widzę, jak bardzo daliśmy się złapać w pułapkę tradycyjnego wychowania. Pobraliśmy się „po bożemu”, prosto z domów rodzinnych. Gdybyśmy wcześniej zamieszkali razem, już ja bym go nauczyła porządku, albo – co bardziej prawdopodobne – po miesiącu uciekłabym, gdzie pieprz rośnie. Nie było jednak żadnej jazdy próbnej.
Weszliśmy w małżeństwo z bagażem oczekiwań, z których większość okazała się jednostronna. Ja miałam być nową wersją jego matki, a on… no cóż, on po prostu miał być sobą, czyli obsługiwanym od rana do wieczora królem na własnych włościach.
Kuchnia jako pole bitwy o przetrwanie dorosłego faceta
Najgorzej jest w kuchni. Naprawdę nie żartuję, gdy mówię, że mój mąż to rozpieszczony maminsynek. Muszę mu usługiwać, bo sam sobie nawet chleba nie ukroi. Czasami mam wrażenie, że gdybym wyjechała na weekend i nie zostawiła mu gotowych kanapek w lodówce, to znalazłabym go po powrocie zagłodzonego na śmierć przed pełną szafką jedzenia.
On po prostu stoi nad blatem i patrzy na bochenek z taką bezradnością, jakby to był co najmniej silnik odrzutowy, który trzeba rozebrać na części pierwsze. Czeka, aż ja podejdę, wezmę nóż i przygotuję mu królewskie śniadanie, podczas gdy on łaskawie zajmie się przeglądaniem telefonu.
Teściowa, czyli architektka mojego codziennego nieszczęścia
Oczywiście cała ta sytuacja nie wzięła się znikąd. Moja teściowa, Grażynka, to kobieta, która dla swojego „synusia” zrobiłaby wszystko. Przez trzydzieści lat jego życia nie pozwoliła mu nawet dotknąć mopa, a odkurzacz to dla niego urządzenie tak egzotyczne jak statek kosmiczny.
Ona do dziś, kiedy do nas wpada, potrafi mi zwrócić uwagę, że Tomek ma krzywo ułożone skarpetki w szufladzie albo że schabowy był „odrobinę za suchy dla jej kwiatuszka”. To ona go tak urządziła. Zrobiła z niego życiowego inwalidę, a potem z uśmiechem na ustach przekazała mi pałeczkę w tym sztafetowym biegu z przeszkodami, jakim jest obsługa jej dziecka.
Dramat w pralni i walka o czyste skarpetki
Pranie i prasowanie to kolejny rozdział tej tragikomedii. Jak już wspomniałam, Tomek nie ma pojęcia, jak obsługuje się żelazko. Raz spróbował i skończyło się na dziurze w mojej ulubionej sukience, więc teraz boję się dopuszczać go do jakiegokolwiek sprzętu domowego.
On uważa, że ubrania same wędrują do pralki, same się piorą, a potem w cudowny sposób, wyprasowane i pachnące, lądują w jego szafie. Kiedy brakuje mu czystej koszuli, nie idzie sprawdzić, czy może nie leży w koszu, tylko woła mnie z drugiego końca domu, jakbym była jego osobistą pokojówką. To frustrujące, bo oboje pracujemy na pełny etat, ale po powrocie do domu tylko jedna osoba zaczyna drugi etat – ten domowy.
Domowa logistyka, która spoczywa wyłącznie na mojej głowie
Bycie żoną maminsynka to nie tylko gotowanie i sprzątanie. To przede wszystkim bycie menedżerem jego życia. On nie wie, kiedy kończy się ubezpieczenie auta, nie ma pojęcia, gdzie są rachunki za prąd, a umówienie się do dentysty przerasta jego możliwości poznawcze.
Wszystko muszę pilotować ja. Czasami czuję się bardziej jak jego matka albo asystentka niż partnerka. Nasze relacje cierpią, bo jak tu czuć namiętność do faceta, któremu przed chwilą musiałam zawiązać krawat, bo „mu się supełek nie udaje”? Ten brak samodzielności zabija we mnie jakiekolwiek resztki romantyzmu.
Moje próby buntu i ściana, o którą się rozbijam
Próbowałam walczyć. Robiłam strajki włoskie, nie gotowałam obiadów, zostawiałam go samego z górą naczyń. I wiecie, co się działo? Nic. On po prostu zamawiał pizzę (za którą ja płaciłam ze wspólnego konta) albo dzwonił do mamusi, że „żona o niego nie dba”.
Wtedy Grażynka przyjeżdżała z wałówką, słoikami pełnymi gołąbków i takim wzrokiem, jakbym co najmniej torturowała jej jedynaka. Tomek w takich sytuacjach tylko rozkłada ręce i mówi: „No widzisz, mama potrafi, a ty robisz problemy o byle co”. To jest jak walka z wiatrakami. On nie widzi w swoim zachowaniu nic złego, bo przez całe życie był utwierdzany w przekonaniu, że mu się to po prostu należy.
Poczucie osamotnienia w małżeństwie, które miało być partnerstwem
Najbardziej boli mnie to poczucie osamotnienia. Małżeństwo miało być związkiem dwojga dorosłych ludzi, którzy wspólnie idą przez życie i dzielą się obowiązkami. Tymczasem ja dźwigam na plecach dorosłego chłopa, który nie potrafi podjąć najprostszej decyzji bez konsultacji z mamusią albo zrzucenia jej na mnie. Czuję się wyczerpana psychicznie.
Każdy dzień to lista zadań do wykonania, z których większość dotyczy obsługi Tomka. Zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jestem ja? Gdzie moje potrzeby i mój czas na odpoczynek? Mam wrażenie, że moje życie przecieka mi przez palce na polerowaniu egocentryzmu mojego męża.
Czy jest jeszcze szansa na zmianę, czy to już tylko czekanie na cud?
Zadaję sobie to pytanie każdego wieczoru, gdy padam na twarz po wysprzątaniu kuchni, w której Tomek „tylko robił sobie herbatę” (czyt. zasyfił cały blat i zostawił otwarty cukier). Czy da się naprawić kogoś, kto nie uważa, że jest popsuty? Czasami mam ochotę spakować walizki i zostawić go z tymi wszystkimi brudnymi naczyniami i niewyprasowanymi koszulami.
Może wtedy, zmuszony przez głód i brak czystych gaci, w końcu nauczyłby się, jak żyć? Ale potem patrzę na niego i widzę tego samego chłopaka, w którym się zakochałam, i serce mi mięknie. To błędne koło, z którego nie potrafię się wyrwać.
Ostrzeżenie dla innych kobiet: patrzcie na ręce swoich wybranków
Jeśli mogłabym dać jakąś radę młodym dziewczynom, które planują ślub, to brzmiałaby ona: sprawdźcie, czy on potrafi zrobić pranie i ugotować coś więcej niż wodę na herbatę. Nie dajcie się nabrać na „urocze niedołęstwo” czy to, że „on taki zapracowany”. Facet, który nie umie o siebie zadbać, to nie jest materiał na męża, tylko na kolejne dziecko w domu.
Ja swoją lekcję odebrałam zbyt późno i teraz płacę za nią każdego dnia, usługując człowiekowi, który mentalnie nigdy nie opuścił swojej dziecinnej sypialni u mamusi. Nie popełniajcie mojego błędu – miłość to nie tylko wspólne spacery, ale przede wszystkim wspólne wynoszenie śmieci.