w

Koleżanki mi zazdroszczą przystojnego męża. Niestety jego „interes” nie staje na wysokości zadania.

Kiedy wychodzimy razem na miasto, czuję na sobie te wszystkie spojrzenia. Moje koleżanki, sąsiadki, a nawet przypadkowe kobiety w kawiarniach niemal zielenieją z zazdrości. Trudno im się dziwić – mój mąż, Robert, wygląda jak żywa reklama drogich perfum albo model z okładki lifestylowego magazynu. Wysoki, wysportowany, z idealnie przystrzyżonym zarostem i tym rodzajem uśmiechu, który sprawia, że nogi miękną same z siebie.

W ich oczach jestem najszczęśliwszą kobietą pod słońcem, która co noc ląduje w ramionach greckiego boga. „Ty to masz życie, taki facet w łóżku to skarb!” – słyszę przy każdym babskim spotkaniu. Uśmiecham się wtedy blado i potakuję, chociaż w środku aż się we mnie gotuje. Prawda jest bowiem taka, że ten mój „gorący mąż” to tylko efektowna makieta. Za zamkniętymi drzwiami sypialni mój Adonis traci cały swój blask, a ja czuję się bardziej samotna niż singielka po przejściach.

Moja walka o ogień, czyli jak próbowałam ratować naszą namiętność

Naprawdę starałam się subtelnie na nowo rozbudzić w mężu zainteresowanie. Nie chciałam być tą żoną, która robi awantury o brak seksu, bo przecież to najgorszy sposób, by kogoś zachęcić do bliskości. Postawiłam na strategię „kuszenia”. Wydawałam fortunę w butikach z bielizną, kupując zmysłowe koronkowe komplety, które miały działać na wyobraźnię lepiej niż jakikolwiek film. Dbałam o każdy szczegół – zawsze byłam wysmarowana balsamem i pachnąca, żeby tylko poczuł mój zapach, gdy kładzie się obok mnie.

Pilnowałam się na każdym kroku; nie pozwalałam sobie na chodzenie po domu w brudnych, porwanych dresach czy z rozczochraną czupryną, co przecież po kilku latach małżeństwa zdarza się każdemu. Chciałam mu pokazać, że wciąż jestem atrakcyjną kobietą, która na niego czeka. I wiecie co? Nic nie pomagało. Robert rzucał tylko zdawkowe „ładnie wyglądasz” i wracał do scrollowania telefonu albo, co gorsza, natychmiast zasypiał.

Mur obojętności, którego nie przebije nawet najdroższa koronka

Z czasem te moje starania zaczęły mnie po prostu upokarzać. Wyobraźcie sobie: stoję przed nim w bieliźnie, która kosztowała równowartość dobrych wakacji, w sypialni palą się świece, a on pyta mnie, czy widziałam, gdzie położył ładowarkę do laptopa. To jest ten moment, w którym masz ochotę albo usiąść i wyć, albo rzucić w niego czymś ciężkim. Czułam się jak przezroczysta, jakby to całe dbanie o siebie było skierowane do ściany.

Najgorsze jest to, że on nie widzi problemu. Kiedy próbowałam delikatnie zagaić temat, słyszałam standardowe wymówki: zmęczenie w pracy, stres, ból głowy (tak, faceci też to robią!). Nasza bliskość została sprowadzona do buziaka w czoło na dobranoc i wspólnego oglądania seriali, podczas których dzieli nas dystans większy niż ocean. Mój oklapły Adonis najwyraźniej uznał, że skoro już mnie zdobył, to nie musi już nic robić.

Teoria versus praktyka, czyli jak wysportowane ciało nie gwarantuje akcji

Robert spędza na siłowni co najmniej trzy wieczory w tygodniu. Dba o dietę, pije białkowe szejki i mierzy obwód bicepsa z niemal religijnym nabożeństwem. Ma ciało, za które wielu dałoby się pokroić, ale co mi po tym, skoro to ciało służy mu wyłącznie do przeglądania się w lustrze? Zaczęłam odnosić wrażenie, że on kocha swój wizerunek bardziej niż mnie.

Jest tak bardzo skupiony na tym, żeby „wyglądać”, że zupełnie zapomniał, do czego właściwie służy ta cała męska energia. To paradoks: mam w domu faceta, o którym marzą inne kobiety, a w łóżku mam kogoś, kto zachowuje się jak stuletni staruszek, dla którego szczytem aktywności jest zmiana kanału w telewizji. Ten dysonans między jego wyglądem a tym, co dzieje się (albo raczej nie dzieje) między nami, jest dla mnie nie do zniesienia.

Kłamstewka w gronie koleżanek i budowanie fałszywego obrazu szczęścia

Podczas babskich wieczorów, gdy temat schodzi na „te sprawy”, czuję się jak największa oszustka na świecie. One opowiadają o swoich problemach, o mężach z brzuszkami, którzy jednak wciąż mają na nie ochotę, a ja… ja muszę kłamać. Nie mam odwagi przyznać, że mój boski Robert jest w sypialni totalnie pasywny.

Więc zmyślam. Przytakuję, gdy mówią, że na pewno u nas „iskrzy”, dopowiadam historie o rzekomych upojnych nocach, a potem wracam do domu i kładę się spać plecami do faceta, który nawet mnie nie przytuli. To męczące grać w tę grę, ale wstyd jest silniejszy. Jak miałabym im powiedzieć, że ten obiekt westchnień wszystkich kobiet w okolicy po prostu nie staje na wysokości zadania? To by zburzyło ich wizję idealnego świata, a mnie wystawiło na litość, której nie chcę.

Szukanie winy w sobie, czyli najgorsza pułapka każdej kobiety

Był taki czas, kiedy naprawdę wierzyłam, że to ze mną jest coś nie tak. Może przytyłam dwa kilogramy? Może mam nie taki kolor włosów? Może jestem zbyt nachalna, albo wręcz przeciwnie – zbyt bierna? Analizowałam każdy swój ruch, każde słowo. To dlatego tak obsesyjnie dbałam o ten balsam, o te zapachy, o to, by nigdy nie pokazać się mu w „domowym” wydaniu.

Myślałam, że jeśli będę idealna, to on w końcu pęknie. Ale prawda jest taka, że choćbym zrobiła sobie operację plastyczną i tańczyła na rurze w salonie, to nic by nie zmieniło. Problem nie leży w mojej atrakcyjności, tylko w jego totalnym braku zaangażowania. On po prostu „oklapł” emocjonalnie i fizycznie w ramach naszego związku, a ja stałam się dla niego częścią umeblowania – ładną, zadbaną, ale całkowicie statyczną.

Nowa rzeczywistość, czyli jak przestałam się starać i co z tego wynikło

W końcu pękłam. Przestałam kupować koronkowe cuda, przestałam wylewać na siebie litry perfum i tak, wyciągnęłam z dna szafy te nieszczęsne dresy. Uznałam, że skoro jemu nie zależy na moim widoku w roli kusicielki, to ja nie będę się dla niego pocić przed lustrem. I wiecie co? On tego nawet nie zauważył. To był najbardziej bolesny cios. Dla niego nie ma różnicy, czy leżę obok w jedwabnej koszulce, czy w powyciąganym t-shircie.

Ta obojętność uświadomiła mi, że nasze małżeństwo stało się wydmuszką. Żyjemy obok siebie jak współlokatorzy, którzy dbają o to, by trawnik był przystrzyżony, a lodówka pełna, ale ogień, który nas kiedyś łączył, dawno zamienił się w garść zimnego popiołu. Moje koleżanki dalej myślą, że żyję jak pączek w maśle, a ja po prostu uczę się akceptować fakt, że mam w domu najpiękniejszą i najbardziej bezużyteczną ozdobę świata.

Co dalej z naszym „idealnym” życiem pod dyktando pozorów?

Często zastanawiam się, dokąd nas to zaprowadzi. Czy spędzę resztę życia u boku człowieka, który jest tylko „gorącym mężem” na pokaz? Czy mam prawo oczekiwać czegoś więcej, skoro teoretycznie mam wszystko – dom, status, przystojnego partnera? Frustracja narasta, a ja czuję, że moja cierpliwość jest na wykończeniu. Rozmowy nie pomagają, prośby nie działają, a moje libido nie chce iść na emeryturę tylko dlatego, że Robertowi się nie chce.

Życie z „Adonisem”, który nie staje na wysokości zadania, to ciągła walka z własnym poczuciem wartości. Na razie trwam w tym układzie, uśmiechając się do koleżanek i udając, że mój pączek w maśle jest tak słodki, jak im się wydaje. Ale w głębi duszy wiem, że ten maślany pączek jest pusty w środku, a ja coraz częściej mam ochotę na coś, co może nie wygląda tak idealnie, ale za to naprawdę smakuje życiem.