Praca w korporacji to zazwyczaj walka na tabelki, raporty i nudne zebrania, ale ja dość szybko odkryłam, że w moim przypadku droga do finansowego sukcesu może wyglądać nieco inaczej. Mam świadomość swoich atutów i wiem, jak działam na mężczyzn, zwłaszcza na tych, którzy mają już swoje lata i sporą władzę. Mój prezes, człowiek sukcesu z brzuszkiem i nienagannie skrojonym garniturem, od samego początku nie krył, że mój widok sprawia mu przyjemność.
Nie oszukujmy się – w biurze panują pewne zasady, ale pod biurkiem i w kuluarach gra toczy się według starego jak świat schematu. Prezes dosłownie ślini się na mój widok, a ja, zamiast uciekać do kadr ze skargą, postanowiłam to wykorzystać. Zrozumiałam, że moja uroda to kapitał, który w odpowiednich rękach – moich rękach – może przynieść całkiem konkretne zyski.
Strategia szafy, czyli dlaczego wyzywający styl to świadomy wybór
Wiedziałam, co robię, rano stając przed lustrem. Wybierałam spódnice o te kilka centymetrów krótsze niż przewiduje biurowy dress code i bluzki, które subtelnie, ale zdecydowanie podkreślały to, co mam najlepszego. Ja ubierałam się wyzywająco, a on miał, na co patrzeć. To nie był przypadek, to była czysta kalkulacja. Każde jego spojrzenie, które zatrzymywało się na moich nogach czy dekolcie, było dla mnie sygnałem, że mam nad nim pewną władzę.
Niektórzy powiedzą, że to upokarzające, ale dla mnie to po prostu element gry. Prezes czasem jakoś to skomentował, rzucił tekstem o „pięknym poranku dzięki mojemu widokowi” albo o tym, że „biuro od razu nabiera blasku”. Sypał komplementami, które balansowały na krawędzi, ale mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, uśmiechałam się wtedy najsłodszym ze swoich uśmiechów, wiedząc, że każda taka uwaga przybliża mnie do kolejnego przelewu.
Bezpieczna granica, czyli dżentelmeński układ bez dotyku
W tej całej sytuacji najważniejsze było dla mnie jedno: bezpieczeństwo. Mimo że atmosfera między nami bywała gęsta, prezes nigdy nie posunął się dalej. Nigdy mnie nie dotknął w sposób niewłaściwy, nie składał niemoralnych propozycji wprost. To był układ oparty na wzroku i domysłach.
On karmił swoje oczy, a ja karmiłam swoje konto. Był na tyle inteligentny, by wiedzieć, że jeśli przekroczy tę cienką czerwoną linię, cały ten układ może prysnąć. Ja natomiast pilnowałam, by flirt był zawsze na moich warunkach. Czułam się komfortowo, bo wiedziałam, że kontroluję sytuację. Znosiłam te jego maślane oczy i lepkie spojrzenia, bo wiedziałam, że to tylko cena, jaką płacę za luksusowe życie, na które bez jego „przychylności” musiałabym pracować latami.
Delegacje jako złoty bilet do świata luksusu i dużych pieniędzy
Z czasem nasze relacje zawodowe ewoluowały w stronę wspólnych wyjazdów. Prezes zaczął również zabierać mnie w różne delegacje i na imprezy firmowe, co początkowo wzbudziło szept na korytarzach, ale szybko nauczyłam się go ignorować. Wiedziałam, że nie jadę tam, by pisać protokoły z rozmów handlowych. Moim zadaniem było głównie dobrze wyglądać i być ozdobą u boku prezesa podczas kolacji z kontrahentami.
Miałam błyszczeć, czarować uśmiechem i sprawiać, by nasi partnerzy biznesowi czuli się wyróżnieni towarzystwem tak atrakcyjnej kobiety. To była rola „reprezentacyjna”, która wymagała ode mnie nienagannego wyglądu i umiejętności prowadzenia lekkiej konwersacji. W zamian dostawałam hotele pięciogwiazdkowe, kolacje w najlepszych restauracjach i – co najważniejsze – dodatkowe punkty u szefa.
Znaczące dodatki finansowe jako motywacja do dalszej gry
Najprzyjemniejszy moment nadchodził zawsze po powrocie z takiego wyjazdu lub po zakończeniu kwartału. Moja „reprezentacyjność” zawsze spotykała się ze znaczącym dodatkiem finansowym. Premie, które dostawałam, nie miały nic wspólnego z moją efektywnością w Excelu. To były kwoty, o których moje koleżanki z działu mogły tylko pomarzyć.
Prezes wiedział, jak docenić to, że przy nim biuro wygląda lepiej, a negocjacje z klientami idą gładziej, gdy ja siedzę obok w szpilkach. Opłacało mi się to i to bardzo. Za te pieniądze kupiłam samochód, wyremontowałam mieszkanie i zaczęłam jeździć na wakacje, na które wcześniej nie było mnie stać. Każdy komplement prezesa przeliczałam na konkretną walutę i wychodziło na to, że jestem na tym układzie niesamowicie do przodu.
Reakcja otoczenia i moja twarda skóra na biurowe plotki
Oczywiście, nie żyję w próżni. Widzę te spojrzenia innych kobiet w biurze, słyszę szepty w kuchni, gdy wchodzę zaparzyć kawę. Wiedzą, że prezes ma do mnie słabość, i domyślają się, dlaczego to ja zawsze ląduję na liście osób jadących na targi do Dubaju czy Paryża. Czy mnie to boli? Ani trochę.
Większość z nich dałaby się pokroić za połowę moich zarobków, ale brakuje im odwagi albo warunków, by zagrać tak jak ja. Uważają mnie za karierowiczkę, która wykorzystuje swoje ciało, a ja uważam się za pragmatyczkę, która wykorzystuje dostępne zasoby. Świat nie jest sprawiedliwy i nikt nie daje nic za darmo. One sprzedają swój czas i intelekt za grosze, ja sprzedaję swój wygląd i cierpliwość do starszego pana za grubą kasę. Bilans zysków i strat jest po mojej stronie.
Moja wewnętrzna zgoda na bycie biurową ozdobą
Często wieczorami, gdy zdejmuję te wszystkie wysokie obcasy i obcisłe sukienki, zastanawiam się, dokąd mnie to zaprowadzi. Czy nie czuję się przedmiotowo traktowana? Czasem tak, ale potem patrzę na stan swojego konta i to uczucie szybko mija. Żyjemy w czasach, gdzie każdy coś sprzedaje.
Ja postawiłam na estetykę. Prezes potrzebuje potwierdzenia swojej męskości i prestiżu poprzez pokazywanie się z ładną kobietą, a ja potrzebuję finansowej niezależności. To czysty układ biznesowy, choć niepisany. Nie mam złudzeń – to nie będzie trwało wiecznie. Uroda przemija, a prezesi odchodzą na emerytury. Dlatego teraz, póki karta idzie, wyciągam z tej sytuacji tyle, ile się da. Znoszę te jego komplementy z uśmiechem, bo wiem, że każdy z nich jest warty dokładnie tyle, ile wynosi moja kolejna ekstra premia.
Przyszłość bez złudzeń, czyli zbieranie plonów póki czas
Wiem, że w pewnym momencie będę musiała zmienić taktykę. Może zainwestuję te zarobione pieniądze w coś własnego, może faktycznie nauczę się czegoś więcej o zarządzaniu firmą, by za kilka lat nie musieć już tylko „wyglądać”. Ale na ten moment sytuacja jest idealna. Prezes nadal sypie komplementami, ja nadal wyglądam świetnie w czerwieni, a przelewy przychodzą regularnie.
Nie żałuję żadnego wyzywającego stroju ani żadnej godziny spędzonej na udawaniu zainteresowania jego nudnymi anegdotami. Wygrałam życie na swoich zasadach, wykorzystując system, który i tak promuje pięknych i bogatych. Skoro prezes chce się ślinić, niech się ślini – dopóki płaci, jestem najbardziej lojalną i najlepiej ubraną pracownicą w tej firmie. To po prostu brutalny, ale skuteczny biznes, w którym ja trzymam wszystkie asy w rękawie.