Patrzę na nią i czuję… pustkę. To nie dramat, nie zdrada, nie awantura, tylko ciche, powolne wygasanie wszystkiego, co kiedyś było bliskością i namiętnością. Trzydzieści lat małżeństwa minęło, a ja nie potrafię już udawać, że mnie coś kręci, że pragnę, że mi zależy. Wolę włączyć serial, wymyślić ból głowy, zniknąć w codzienności, niż próbować na siłę przywrócić coś, co dawno straciło znaczenie.
Nie planowałem, że dożyję dnia, w którym będę obok niej, a w sercu nie poczuję nic. Kiedyś patrzyłem na nią z zachwytem, czasem z zazdrością o jej urok, teraz patrzę i czuję pustkę, która mnie przytłacza. Widzę, że ona to czuje. Widzi, że cierpi. A ja też chyba cierpię, choć w inny sposób – cicho, ukrycie, w milczeniu.
Dwa samotne punkty
Kiedyś wystarczył jej zapach. Pachniała rano, jeszcze śpiąc, ciepłem skóry, resztkami perfum i codziennym spokojem. Mogłem godzinami leżeć obok, wpatrując się w jej twarz i wsłuchując w spokojny oddech. Teraz budzę się pierwszy, siedzę na brzegu łóżka, poprawiam koc, który zsuwając się z jej ramion, nic już nie zmienia. Patrzę na nią i nie czuję nic. Ani czułości, ani tęsknoty, ani pożądania. Nic.
Leżymy w tym samym łóżku jak dwa oddzielne światy. Czasem tylko jej pytanie, zaspane, łagodne: „Nie przytulisz się?” przypomina mi, że kiedyś to było proste, naturalne, że bliskość nie wymagała wysiłku. Teraz odpowiadam wymówką, wstaję, unikając jej wzroku. Dotyk jej ciała mnie nie drażni, nie brzydzi, ale też nie wzrusza. Czasem chcę zasnąć jak najszybciej, żeby nic nie musieć czuć.
Cisza przy śniadaniu
Jeszcze niedawno śniadania były naszym rytuałem – kawa z mlekiem, dwie kromki chleba, czasem jajko. Cisza była przyjemna, naturalna. Ale ostatnio… to milczenie stało się ciężkie. Jak zawieszony w powietrzu dźwięk pytania, którego nikt nie odważa się zadać. Każde „wczoraj znowu nic” odczytywałem jako ciche oskarżenie, choć słowa były spokojne.
Tłumaczę sobie zmęczenie, nadmiar obowiązków, problemy w pracy, które w mojej głowie stają się barierą między nami. Ale ona nie odpuszcza. Nie wpycha się, nie krzyczy, nie błaga. Pyta wprost, bezpośrednio: albo mnie nie kochasz, albo nie pragniesz, albo jedno i drugie. I ja nie mam odpowiedzi. Nie wiem, co czułem, nie wiem, co czuję teraz. Miłość? Pewnie tak. Pożądanie? Nie.
Mechaniczne życie
W pracy byłem kimś. Doradcą, szefem, człowiekiem, którego słuchano, którego decyzje miały znaczenie. W domu czułem się jak statysta. Jakby scenariusz naszego życia został napisany bez mojej zgody, a ja musiałem grać do końca, choć nie rozumiałem roli.
Wracałem późno, czasem specjalnie, wybierając korek na trasie zamiast milczącej kolacji. Wolałem samotność ulic, niż cichy osąd w kuchni. Nawet drobne gesty, które kiedyś nas łączyły, teraz stały się formalnością. Nowa fryzura, inny lakier na paznokciach, perfumy – wszystko to nie działało. Wszystko było obojętne.
Nie da się wskazać końca
Nie było zdrad, nie było dramatów, nie było wielkich rozczarowań. Było tylko życie, które powoli, bez ostrzeżenia, wymazywało między nami iskrę. Nie da się wskazać palcem momentu, w którym coś się kończy. Nie ma wielkich wydarzeń, które mogłyby tłumaczyć pustkę. Jest cicha codzienność, w której każdy nasz ruch niesie napięcie, w której milczenie staje się głośniejsze niż słowa.
Zaczęliśmy żyć obok siebie. Ja wychodzę wcześniej, powtarzając, że muszę coś załatwić. Ona milczy, patrzy ukradkiem, nie pyta. Wszystko staje się rutyną. Poranek, praca, kolacja, telewizor, sen. Żadnych niespodzianek, żadnych bliskich gestów, żadnego ciepła.
Wspomnienia jak cień
Znalazłem kiedyś stary album ze zdjęciami. Byliśmy młodzi, uśmiechnięci, szczęśliwi bez powodu. Opaleni, trzymający się za ręce, w podróżach, na pierwszych wspólnych wakacjach. Patrzyłem na te zdjęcia, próbując przypomnieć sobie uczucia – zakochanie, radość, pożądanie? Wszystko było intensywne i prawdziwe. Teraz te wspomnienia były tylko cieniem, echem dawnej bliskości, którą trudno przywołać.
Ona podeszła, zobaczyła, że przeglądam album, rzuciła cicho: „Ładne zdjęcia”. Odpowiedziałem, że tak, choć nie wiedziałem, czy naprawdę to czuję. Jej pytanie o dawną miłość, o to, jak bardzo mnie kochała, pozostawiło mnie bez odpowiedzi. Bo nie miałem żadnej.
Żyjemy obok siebie
Nie rozeszliśmy się. Nie ma rozwodu, nie ma dramatów. Nadal dzielimy łóżko, łazienkę, rachunki. Dla świata jesteśmy przykładem trwałości. Dla nas – tylko cichą zgodą na obecność drugiego człowieka obok, bez emocji, bez zbliżenia, bez bliskości. Żyjemy obok siebie. Czasem mijamy się w korytarzu, czasem pachnie tak samo jak kiedyś, ale to zapach przeszłości, który już nic nie budzi.
Kiedyś myślałem, że bliskość fizyczna jest najważniejsza. Teraz wiem, że to tylko część układanki. Nawet ten fragment zniknął. Nie ma prób, nie ma rozmów, nie ma napięcia. Jest spokój – bezpieczny, ale martwy.
Akceptacja pustki
Nie ma buntu, nie ma żalu, nie ma walki. Jest tylko cicha akceptacja. Czasem słyszę jej oddech w nocy, czasem jej ruchy, przewracanie się w łóżku. Nie pytam, nie dotykam, nie próbuję. Bo może ona też wybrała milczenie. Może to jedyny sposób pogodzenia się z tym, co zostało z nas dwojga.
Wiem, że życie mogłoby być inne, że moglibyśmy szukać bliskości, odbudowywać ciepło, rozmawiać o uczuciach. Ale nie mamy odwagi. Trzymamy się przyzwyczajenia, bo łatwiej zostać, niż iść w nieznane. I tak trwa nasze życie – spokojne, przewidywalne, ciche, obok siebie, a jednak osobno.