Początkowo sądziłam, że to tylko słowa rzucone w gniewie. Że powie swoje, postraszy, pomacha różańcem i w końcu jej przejdzie. Myliłam się. Ona miała gotową wizję tego, jak powinno wyglądać życie całej naszej rodziny – podporządkowane Kościołowi, podporządkowane jej zasadom – a ja stałam jej na drodze. Ona uzbrojona w modlitwy, ja w narastającą frustrację. Wiedziałam, że wcześniej czy później te dwa światy muszą się zderzyć.
Poranki, które zaczynają się walką
Od zawsze powtarzam, że poranek to nie jest moja naturalna pora funkcjonowania. Nie lubię wstawać, nie lubię mówić, nie lubię myśleć przed ósmą. Niestety życie nie pyta o preferencje. Mam dwójkę dzieci, jedno w przedszkolu, drugie w pierwszej klasie, pracę zaczynającą się o dziewiątej i listę obowiązków, która nie skraca się nigdy. Moje „nie lubię” przestało mieć jakiekolwiek znaczenie już dawno.
Każdy ranek wygląda jak pole bitwy. Maks nie może znaleźć skarpetek, Zośka płacze, bo gumka do włosów jest „nie taka”, mleko się rozlewa, kanapki spadają na podłogę, a klucze do samochodu znikają w tajemniczych okolicznościach dokładnie wtedy, gdy czas nagli najbardziej. Mąż? Śpi. Zawsze zmęczony, zawsze „po ciężkim dniu”.
I jakby tego było mało, od sześciu tygodni mieszka z nami moja teściowa.
Gość, który przejął kontrolę
Przyjechała po operacji kolana. Miało być na chwilę – „tylko do czasu, aż dojdę do siebie”. Słowo „tymczasowo” nabrało jednak nowego znaczenia. Tymczasowo oznaczało tyle, ile ona uzna za stosowne. W krótkim czasie zaczęła kontrolować wszystko: co jedzą dzieci, ile siedzą przed ekranem, o której chodzą spać i jak często należy wietrzyć mieszkanie.
Na początku tłumaczyłam sobie, że to starsza kobieta, że po zabiegu, że potrzebuje uwagi i poczucia bezpieczeństwa. Starałam się być uprzejma. Zapewniłam jej ciepło, opiekę, spokój. Problem w tym, że ona uznała, iż skoro mieszka pod naszym dachem, to ma również prawo kierować nami duchowo.
Nie chodziło już tylko o sugestie. To były oczekiwania. Konkretne, stanowcze i podszyte poczuciem wyższości.
Kościół jako obowiązek, nie wybór
Pierwszy raz temat Kościoła poruszyła niby mimochodem.
– Dzieci powinny regularnie chodzić do kościoła – powiedziała pewnego wieczoru, jakby oznajmiała oczywistość. – Bez tego się nie wychowuje porządnych ludzi.
Uniosłam brew.
– Chodzimy czasem, kiedy mamy ochotę. Nie robię z tego przymusu.
Popatrzyła na mnie z wyraźnym niesmakiem.
– Wiara to nie hobby. To obowiązek. Dzieci muszą się nauczyć, że niedziela jest dla Boga, a nie dla lenistwa.
Na razie zignorowałam temat. Uznałam, że to jednorazowa uwaga. Myślałam, że powie, co chciała, i da spokój. Nie dała. Z każdym tygodniem nacisk rósł. Komentarze stawały się coraz bardziej bezpośrednie, coraz mniej uprzejme. Ona miała plan zbawienia dla całej rodziny, a ja byłam w nim największym problemem.
Granica, którą przekroczyła
Pewnego ranka obudził mnie hałas. Było jeszcze ciemno. Zerknęłam na telefon – dopiero po szóstej. Z korytarza dobiegały głosy. Serce zabiło mi szybciej. Wstałam i wyszłam z sypialni.
W pokoju Maksa zobaczyłam scenę, która do dziś wywołuje we mnie dreszcz. Teściowa stała przy jego łóżku, ubrana, z torebką przewieszoną przez ramię. Mówiła do niego cicho, ale stanowczo. Maks siedział na łóżku, zdezorientowany, przestraszony.
– Co ty robisz? – zapytałam ostrym szeptem.
– Szykujemy się do kościoła – odpowiedziała spokojnie. – Trzeba dzieci od małego przyzwyczajać.
– Bez mojej zgody? – poczułam, jak krew uderza mi do głowy. – On ma sześć lat!
– I właśnie dlatego trzeba go prowadzić. Sam nie wie, co dla niego dobre.
Podniosłam głos. Nie panowałam już nad sobą. Uklękłam przy synu, objęłam go ramieniem.
– Nigdzie nie idziesz – powiedziałam spokojnie, choć w środku wszystko we mnie krzyczało. – To ja decyduję.
„Wiesz lepiej niż Bóg?”
Nie odpuściła.
– Matka ma obowiązek dbać o duszę dziecka. Ty tego nie robisz. Myślisz tylko o wygodzie.
– Myślę o jego bezpieczeństwie i spokoju – odpowiedziałam. – Wiara z przymusu nie jest żadną wiarą.
Popatrzyła na mnie z politowaniem.
– Kiedyś mi podziękujesz. Albo on. Teraz jesteś ślepa.
Odesłałam ją do pokoju. Zamknęłam drzwi. Przytuliłam Maksa, który długo nie mógł zasnąć. Czułam wściekłość, bezsilność i zmęczenie. To był mój dom. Moje dziecko. A ja musiałam walczyć o coś tak podstawowego, jak prawo do decydowania.
Rozmowa, która nic nie zmieniła
Po południu usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Chciałam jasno postawić granice.
– To, co zrobiłaś rano, było niedopuszczalne – powiedziałam. – Nie masz prawa zabierać dzieci do kościoła bez mojej zgody.
– Ja robię to, co słuszne – odpowiedziała spokojnie. – Ty nie rozumiesz, bo nie masz wiary.
– Mam prawo wychowywać swoje dzieci po swojemu.
– Dzieci nie są tylko twoje – odparła. – One należą też do Boga.
Zacisnęłam dłonie.
– Nie wmówisz mi, że straszenie dziecka Bogiem to wychowanie. To jest przemoc.
– Jesteś zimna i egoistyczna – rzuciła. – Niszczyłaś ich duchowo, a teraz się dziwisz.
Wtedy zrozumiałam, że ona nigdy mnie nie usłyszy.
Dziecko, które zaczęło się bać
Następnego dnia znalazłam Maksa siedzącego na dywanie. Plecak był spakowany, kurtka obok, ale butów nie było.
– Gdzie są buty? – zapytałam.
Milczał.
– Maks, powiedz prawdę.
– Schowałem – wyszeptał. – Nie chcę iść do kościoła.
Serce mi pękło.
– Dlaczego?
– Babcia mówi, że jak nie pójdę, to Bóg się na mnie pogniewa.
W drzwiach stała już teściowa.
– Niech się uczy, zanim będzie za późno – powiedziała chłodno.
To był moment, w którym coś we mnie pękło.
Ostateczna decyzja
Poszłam do sypialni i obudziłam męża.
– Albo my, albo twoja matka – powiedziałam bez wahania.
Nie odpowiedział. Milczał. A to była odpowiedź.
Tego samego dnia zaczęłam szukać mieszkania. Spakowałam rzeczy. Dzieci patrzyły na mnie z niepewnością, ale też z ulgą. Teściowa stała w korytarzu, gdy wychodziliśmy. Nie wierzyła, że naprawdę to robię.
– Zostawiacie mnie? – zapytał mąż.
– Nie. Ty nas zostawiłeś – odpowiedziałam.
Pierwszy krok w nieznane
Szliśmy razem w stronę przystanku. Minęliśmy kościół. Maks ścisnął moją dłoń.
– Mamo… a jak kiedyś będę chciał pójść do kościoła?
– Wtedy pójdziemy – odpowiedziałam. – Z własnej woli.
Nie wiedziałam, co będzie dalej. Nie miałam planu. Ale po raz pierwszy od dawna miałam poczucie, że to ja decyduję. I to wystarczyło, żeby zrobić pierwszy krok.